Kung Fu Panda

Misiek panda marzy o wielkiej przygodzie kung fu. Chce być mistrzem, mieć czarny pas, lać wszystkich równo i patrzeć gdzie puchnie. Póki co jednak pracuje u swojego ojca w knajpie podając niezgrabnie zupki chińskie. Bo jest niezgrabny. Los jednak daje mu szansę, a on sam (misiek a nie los) zostaje wybrany do nakopania złego materfakera, który właśnie zwiał z pilnowanego przez nosorożce więzienia.

Filmów animowanych nie lubię, żadna tajemnica. Czasem zdarzy się jakiś jeden rodzynek, który mi przypadnie do gustu (głównie dzięki scenariuszowi, a nie dlatego, że jest animowany i ma zajebistą kreskę), ale rzadko się taki trafia. Przykłady można by policzyć na palcach jednej ręki („Shrek” ale tylko pierwszy, „Ice Age” ale tylko pierwsze… tyle na szybko). Myślałem, ze może fa fu panda dołączy do grona animków, które lubię.

Ale nie dołączył.

Gdy chcę obejrzeć jak się biją, oglądam filmy z wytwórni braci Shaw. Gdy chcę zobaczyć coś śmiesznego, wybieram stare komedie ze Steven Martinem. Gdy chcę zobaczyć coś z przesłaniem i morałem, wybieram „Angusa”. Gdy chcę przysnąć, wybieram „Kung Fu Pandę”. Żebym choć jakimś nowym tekstem mógł rzucić po seansie, ale dupa, kiepsko z tym – zaśmiałem się może ze trzy razy. Animacja na mnie nie działa i nie potrafię się nią zachwycać.

Tak, nie jestem targetem dla filmów animowanych. Dlatego zostawię ten film bez oceny.
(654)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.