Diary of the Dead

– We can’t just lock ourselves in the fuckin room. We’ll be locking ourselves out the world.
– That’s the whole point. We lock ourselves out the world, before the world bite us on the ass.

Wszystko zaczęło się tak po prostu. Trzy śmiertelne ofiary domowej strzelaniny wstały z noszy i pozagryzały obsadę karetki oraz filmującą to zdarzenie ekipę. A potem było jeszcze gorzej.

Żywe trupy powracają pod kierownictwem George’a A. Romero po raz piąty. Po niedawnej „Ziemi żywych trupów” (Nie no, recki mi znikają czy co? To już któryś raz, kiedy myślę, że pisałem czegoś reckę, a jej nie widzę…) przyszedł czas na powtórkę z rozrywki utrzymaną tym razem w konwencji paradokumentu tak popularnej ostatnio, a przecież wymyślonej tak dawno temu, na długo przed „Blair Witch Projectem”. A mnie osobiście wciąż ciężko jest przejść nad kolejnymi filmami Romero do porządku dziennego, bo jego filmy o zombie od zawsze były dla mnie trylogią i wciąż pozostałe odcinki traktuję trochę po macoszemu jak książki o Tomku Wilmowskim napisane po śmierci Alfreda Szklarskiego. Choć „Ziemia…” podobała mi się bardzo, a „Diary…” nie było złe, to jednak „Noc…” i nieosiągalne dla mnie przez długi czas „Świt…” i „Dzień…” pozostają dla mnie prawowitymi częściami serii, a dwa następne tytuły są po prostu innymi filmami o Zombie w reżyserii Romero. Niezależnie od tego, że „Dzień…” był strasznie słaby, to jednak sentyment do tego filmu pozostał. Ale cieszę się, że Romero wyszedł poza trylogię.

Pierwsza część sagi Romero była czymś absolutnie nowym, w czasach premiery szokującym, druga część pomimo litrów wylanej posoki krytykowała konsumpcyjny tryb życia (no, chyba rzeczywiście dziadzieję, że takie coś piszę), trzecia była zwyczajnie do dupy, a czwarta nieskrępowaną morałem naparzanką. W piątej części Romero podobnie do „Świtu…” próbuje przemycić coś więcej do opowiadanej przez siebie historii. Tym razem jest to krytyczne spojrzenie na zalew informacji, która opanowała już wszystkie formy przekazu – swobodnie możemy być pewni, że jeśli wyjdziemy z domu o 14:02 a przed Biedronką porwą nas kosmici, to w wieczornym wydaniu wiadomości pokażą narodowi filmik nagrany amatorską ręką przedstawiający całe wydarzenie. Bohaterowie filmu spierają się od początku do końca, kiedy i czy w ogóle należy wyłączać kamerę i dokąd taka chora ciekawość nas zaprowadziła. Jest to dyskusja dość łopatologiczna i w ostatecznym rozrachunku przeszkadza w oglądaniu odpadających kończyn i wybuchających oczu. Szczególnie, że cała powaga tematu skutecznie jest rozwalana przez z dupy wyjęte komiczne wstawki i zagrania rodem z wodewilu („My name is Samuel” itp.). I głównie dlatego „Diary…” jest filmem gorszym od „Ziemi…”, w której najważniejsza była rozpierducha. Ale nie takim złym, bo mimo wszystko bohaterowie filmu krwawią tu z dużą pomysłowością.

Zresztą jeśli chodzi o krwawy aspekt filmu (boszszsz), to sprawa jest cokolwiek dziwna, bo wszystkie bardziej skomplikowane (wydawałoby się) efekty charakteryzatorskie (umiejętne klikanie we wszystkie odcienie czerwieni na kompie) są zrobioną z klasą i jest na co popatrzeć (choć przegięć nie brakowało – ciekaw jestem jakim cudem koleś wbił sobie sierp z tak chirurgiczną dokładnością, nawet nie zdołałby się skaleczyć na moje oko; trzeba koniecznie przeprowadzić symulację), a gdy przychodzi jakaś prościzna, na ten przykład wnętrzności wylewające się z brzucha, to widać, że wnętrzności sa położone na brzuchu i z niego spadają. Dziwne. Inna dziwna sprawa, jeśli chodzi o takie efekty, to fakt, że całkowicie nie pasują do konwencji filmu „kręconego” kamerami trzymanymi przez bohaterów filmów. Po pierwsze wcale nie sprawia to wrażenie dokumentalizmu (jest takie słowo?), a raczej teatru telewizji, a po drugiej wybuchające nagle oczy wydają się jak z zupełnie innej bajki. W „normalnym” filmie myślę, że wyglądałoby to lepiej. Tutaj tylko podkreśla, że oglądamy film fabularny, a nie dokumentalny zapis tragedii.

Film ogląda się bez bólu. Wielkiego wrażenia nie robi, ale może być głównie z powodu makabry, bo nie trzeba się dużo zastanawiać, żeby dostrzec głupoty i prostotę scenariusza. Mnie od samego początku zastanawiała jedna rzecz. Bohaterami są studenci szkoły filmowej, którzy na zaliczenie kręcą horror. Można więc z całkowitą pewnością założyć, że znają się na horrorach i na tym, co w nich piszczy. Na chłopski rozum, na wiadomości o trupach powstających z martwych nie powinni się dziwić, a raczej zakrzyknąć: „Hej! To tak jak u Romero!”. Zawsze mnie drażni, że bohaterowie horrorów zachowują się tak jak gdyby żadnego horroru w życiu nie widzieli. No weźcie, znacie kogoś kto nie widział żadnego horroru? A przecież bohaterowie filmów to ludzie tacy jak my. Tutaj poszło to wszystko w jeszcze dalszą stronę – doskonale wiemy, że bohaterowie filmu wiedzą, co to horror a i tak zachowują się jakby było na odwrót. Drażniące to dość.

Osobna nagroda wędruje do nabzdryngolonego profesora, który jest absolutnie najgorszą „rzeczą” w tym filmie. Facet sprawia wrażenie jak gdyby całe zycie przygotowywał się do takiej sytuacji, w jakiej się właśnie znalazł. Te jego patetyczne teksty, onelinery itd. Brrr. Ale ogólnie 4(6).
(606)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl