Nieodebrane połączenie [One Missed Call] (2008)

A skoro pisałem już dzisiaj o japońskim horrorze…

Amerykanie znani są z tego, że kopiują wcale nie mniej niż w Bollywood. No może przesadzam, bo i liczba remake’ów jest mniejsza, a i mniej bezczelnie są to rżnięte filmy, ale faktem jest, że szczególnie kino francuskie i azjatyckie cieszy się w Hollywood sporym powodzeniem w dziedzinie „zróbmy remake po swojemu”. Jeśli chodzi o Azjatów, to przeważnie na warsztat zabierane są ichnie horrory. Wyjątków nie ma wiele (jest romantyczny „The Lake House” jako amerykańska odpowiedź na koreańskie „Il Mare”), a z grubsza można spokojnie założyć, że jeśli trafi się jakiś azjatycki horror, który zrobi karierę, to za rok, dwa pojawi się jego nowa wersja. Przynajmniej tak będzie do czasu, aż nie zostanie nic do zremake’owania. A że zostaje coraz mniej głośnych tytułów, to i na „Nieodebrane połączenie” przyszła w końcu kolej.

Fabuła. Hmm. Postrach pada na posiadaczy telefonów komórkowych. Ktoś zostawia na poczcie głosowej tajemnicze nagrania zwiastujące śmierć właściciela komóry. A że są to nagrania prorocze… Kto dzwoni, dlaczego, co mu za niedola? Tego próbują dowiedzieć się koleżanka (Shannyn Sossamon) jednej z ofiar i dzielny pan policjant (Edward Burns).

Do dzisiaj nie wiem, co podkusiło Takashiego Miike, żeby nakręcić oryginał (swoją drogą, jak w Hollywood są tacy chętni do remake’ów to może by jego „Visitora Q” trzasnęli z rozpędu? to by było!), ale stało się. Zdarza się najlepszym (potem były jeszcze dwie następne części, ale Miike już trzymał się od nich z daleka). Z drugiej strony, jeśli się kręci tyle filmów rocznie, to siłą rzeczy trudniej się połapać, co warto nakręcić, a od czego się powstrzymać. Pal licho. Tak czy owak oryginał prawie w ogóle mi nie podszedł i nie sądziłem, że znajdzie się ktoś odważny do zrobienia remake’u. Widocznie koniunktura to straszna siła, o której nie mam pojęcia.

Co by nie gadać, znalazła się w tym remake’u jedna scena, którą niniejszym ogłaszam Filmową Sceną Kwietnia. Nie widziałem w tym miesiącu, a i pewnie w poprzednich też nie, nic lepszego. Śmieję się do teraz (dwa dni po obejrzeniu), gdy widzę tego kota… AAAAA zresztą zobaczcie sami:

Piękności.

A teraz, gdy już widzieliście najlepszą scenę z filmu, spokojnie możecie sobie darować resztę. Nie napiszę, że lepiej obejrzeć oryginał Miike, bo choć rzeczywiście z dwojga złego to lepsze, ale i tak jest to strata czasu. A remake to już zupełna strata czasu pozbawiona sensu, logiki, napięcia… Tak sobie myślę, że nawet standardowe Głośne Odgłosy Znienacka spieprzyli, bo żadnego spektakularnego sobie nie przypominam. Asiek, co prawda, się bał i podejrzanie patrzył na swoją komórkę, ale tak sobie myślę, że to za dużo słodkich Bollywoodów i Jej organizm przeżył szok w kontakcie z bladymi twarzami pojawiających się tu i ówdzie zjaw (choć obiektywnie oceniła je jako zrobione zbyt kiepsko, jak na możliwości dzisiejszego kina; rzeczywiście, pasowałoby dorzucić coś więcej niż odrobina talku markującego trupią bladość) i ruszającego się powoli zeschniętego kościotrupa. Zresztą, co nas nie zabije, to nas wzmocni – już psychicznie nastawiam Ją na „Martwe zło 2” i jeszcze trochę horrorwej edukacji i nic Jej nie ruszy. Aśka, nie edukacji.

A co było najgorsze w całym filmie? A to, że zmienili oryginalny złowieszczy dzwonek komórki. Ten z japońskiego oryginału mam ustawiony w komórce na dzwoniącą Cruellę. Tego z remake’u nie ustawiłbym nawet na dźwięk rozładowującej się baterii.

Podsumowując, „One Missed Call”, to film, który spełnił moje oczekiwania – był stratą czasu. 2(6).
(601)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.