Raport specjalny

No ludzie, co też się dzieje. Z każdej strony napływają depesze z pytaniami, co się ze mną dzieje. Moje biuro prasowe nie nadąża z odbieraniem telefonów, a głowy największych państw oferują swoich najlepszych lekarzy na wypadek, gdyby byli mi potrzebni. No cóż, ale ja sam nie wiem czy lekarze są mi potrzebni czy nie. Faktem jest, że choruję już od dwóch i pół tygodnia i końca chyba nie widać, a objawy niby typowo przeziębione, a mimo to dość długie kypba to przeziębienie jest. No i w związku z tym nawet pisać mi się nie chce. To znaczy może bym i mógł, bo co to za wyczyn notkę napisać, ale po co pisać byle co. Będę miał co do napisania to napiszę.

I zamilkł na wieki.

Człowiek niby chory to ma czas na pooglądanie filmów i inne takie, ale jakoś w moim przypadku się to nie sprawdza. Siedzę w domu od paru dni i jeszcze nic nie obejrzałem. Trochę się dziwię, bo siedząc u Asi i z pięć filmów jednego dnia obejrzeliśmy i myślałem, że gdy wrócę to mi to zostanie, a tu dupa. Inna sprawa, że tam oglądałem te filmy, które już widziałem i które wiedziałem, że są dobre, a tutaj jeśli już to chciałbym coś nowego obejrzeć, a w tej kwestii straszna posucha i same bzdety nakręcone. Ciężko mi się więc zmusić do oglądania… Jedno i to samo, wiem. No, ale co ja poradzę, że filmy Kevina Smitha obejrzane po raz enty więcej radości mi przynoszą niż inne oglądane po raz pierwszy i przeziewane od początku do końca. Jeśli nie umrę przez najbliższe dni i jakimś cudem dowlokę się do Warszawy i może jeszcze będę zdrowy (pasowałoby w końcu) to wyciągnę Asię do kina na nowego „Rambo” hihi. To dopiero będzie wydarzenie! Z bollymaniaczką na filmie, w którym w ciągu minuty ginie 2,39 osoby. Lalala. Tyle, że do tego muszę być najpierw zdrowy, a tymczasem np. wczoraj byłem taki słaby, że co wstałem to prawie mdlałem, a dzisiaj dla odmiany gardło napieprza mnie tak, że ciężko cokolwiek łykać. Dziwne to, bo generalnie czuję się jakbym gdzieś tam w środku zaczynał być zdrowy… Aaaa, starczy, nie będę marudził. Znaczy będę, ale pod nosem.

Naprawdę ciężko napisać fajną notkę myśląc podczas pisania o wszystkim innym tylko nie o pisanej notce. Mój wrodzony leń w porównaniu z tym wirusem to zabójcza kombinacja.

Obejrzałem dzisiaj w końcu piąty odcinek „Lost” i dochodzę do wniosku, że ja już nie umiem tego oglądać inaczej niż jako komedii. Zrobiliby z tego lepiej „Strefę mroku” z odcinkami, które nie są ze sobą powiązane i może by to nawet fajne było. A tak to, co odcinek wymyślają jakieś nowe cuda, żeby tylko zaskoczyć. Ciekaw jestem czy już trwają dyskusje na temat farradayowego paradoksu. Na pewno trwają, to przecież takie ekscytujące. I o to w tym wszystkim chodzi. Żeby sobie fani podyskutowali, mniejsza o spójność fabuły. Oczywiście wciąż takie opinie są jak stąpanie po kruchym lodzie, bo w każdej chwili może się okazać, że wszystkie zagadki, tajemnice i inne fenomeny są ze sobą jasno powiązane i nie brakuje żadnego luźnego końca. Ja w to nie wierzę, ale to nie znaczy, że tak nie może być. Jedyny moment odcinka, w którym się ożywiłem, to licytacja dziennika pokładowego „Czarnej Skały”, dowód na to, że zagadki z pierwszego sezonu były fajne i ciekawe i że warto byłoby jednak zająć się nimi zamiast wymyślać facetów rozmawiających z trupami i szkockich żołnierzy podróżujących w czasie. Jakież to na rękę scenarzystom, że Desmond nie przeniósł sie w czasie przez ten z pewnością długi okres, w którym musiał sobie załatwić przepustkę, dotrzeć na dworzec i dojechać do Oxfordu…

Jedno pozostaje niezmienne – działa mi na nerwy ta nowa klawiatura zjadająca polfonty.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.