Co Słonko widziało

Mgła [The Mist]

A po burzy przyszła mgła i zjadła starego, poczciwego Jakmutam. A potem zaczęła zjadać resztę miasteczka.

Trzecie podejście Franka Darabonta do prozy Stephena Kinga. Najpierw byli genialni „Skazani na Shawshank”, potem taka sobie „Zielona mila” (tak, tak, nie podoba mi się „Zielona mila”!), a teraz „Mgła”. No i z mojego punktu widzenia wszystko idzie spodziewanie od najlepszego do najgorszego. Czwartego podejścia nie powinno być.

Początek jest fajny. I właściwie tyle dobrego można powiedzieć o tym filmie. No i końcówka też fajna, ale spodziewana od pewnego momentu.

No bo dajcie spokój, jakieś komputerowe ośmiornice wyłaniające się z mgły i zezyrające po kolei mieszkańców spokojnego miasteczka. Kto coś takiego potraktuje poważnie? Pośmiać się to tak, ale żeby się bać? Szczególnie, że się ci biedni osaczeni w sklepie ludzie zachowują tak irracjonalnie, że aż zęby bolą. Cały początek i ta heca z generatorem i „wyjdę i naprawię” spowodowały, że narzucałem się sporo kurw do ekranu. A potem ten Murzyn co to twierdzi, że w mgle nic nie ma, choć na własne oczy widział jak mgła zezarła gościa prawie razem z samochodem. „Pójdę tam i sprowadzę pomoc!”. A idź.

[Te dialogi…
– W tej mgle coś jest
– Ściemniasz, nie wierzę ci
– Serio coś tam jest
– oszukujesz mnie, bo jestem czarny
– Serio serio
– Akurat
– Naprawdę!
– Kłamiesz! Nigdy mnie nie lubiłeś!
(c) anjalii]

Widać, że to „według Kinga”. Sporo typowych dla niego zagrywek tu można wyśledzić (a także aktorów z poprzednich ekranizacji jego prozy – „Misery”, „Skazani na Shawshank”), ale tym razem układają się one w bzdurę. Cały czas podczas oglądania myślałem: „jakim cudem ktoś, kto potrafi zaciekawić historią o chłopcach, którzy idą zobaczyć trupa próbuje wcisnąć taki na maksa wysilony kit”. No chyba, że w wersji papierowej się to sprawdza, bo przecież to, co podpowiada wyobraźnia zawsze jest straszniejsze niż to, co widzimy na własne oczy. Szczególnie, gdy są to komputerowe macki, które widać, że ich nie widać (nieważne, wystarczy, że ja wiem, o co mi chodzi).

BeZedura. 2+(6)

A tę nawiedzoną, że nikt po ryju nie nastukał po pół godzinie to dziw nad dziwy.

***

Salaam Namaste: Trudna droga do miłości [Salaam Namaste]

Ambar (moja ulubiona Preity Zinta) prowadzi popularną audycję radiową, w której rozmawia z mieszkającymi w Australii Hindusami (przysiągłbyś, że cała Australia pełna jest Hindusów, naprawdę!). Nick (Saif Ali Khan, do którego nic nie czuję) jest szefem kuchni w popularnej restauracji. Kiedy Nick spóźnia się na wywiad z Ambar, życie obojga staje na głowie.

Sympatyczny remake remake’u (francuskie „Dziewięć miesięcy”, amerykańskie „Dziewięć miesięcy”), który ogląda się równie sympatycznie, ale bez specjalnych emocji. Francuskiego oryginału nie widziałem (i pewnie by mi się nie podobał, bo nie trawię francuszczyzny), ale wersja z Hugh Grantem na pewno lepsza. Tak czy siak „Salaam…” na pewno nadaje się do pokazania go komuś, kogo chce się przekonać do Bollywoodu, bo w zasadzie niewiele tam cukru w cukrze. Jedna dupatta (to czarno-białe to była dupatta?) i parę piosenek Bolly nie czyni. Zamiast tego mamy kilka problemów, które zupełnie nie są kojarzone z kinem indyjskim. Aborcja, związek pozamałżeński… POCAŁUNEK!! ten strraszny okropnyyy!! Tak, tak. Całują się! Śmiało więc można oglądać bez obawy o szok kulturowy. A pewnie i dobrze bawić, gdy nie zna się „Dziewięciu miesięcy”.

Obejrzałem bez bólu, ale nie porwał mnie. Takie typowe 4(6). Gdyby to skrócić do półtorej godziny to pewnie by było lepiej…. Swoją drogą ta australijska przyjaciółka Ambar… koszmar! Skąd oni biorą takich „aktorów”?

No i trzeba przyznać, że Apsik to nie Robin Williams.

***

Billa

Kiedy policji udaje się złapać groźnego przestępcę wydaje się, że można opijać sukces. Sytuacja jednak nie jest do końca opanowana i aby ją opanować nie ma innego wyjścia jak tylko podstawić sobowtóra owego groźnego przestępcy i liczyć na łut szczęścia.

Remake remake’u remake’u remake’u. No serio :) A tak konkretniej to tamilska przeróbka bollywoodzkiego „Dona” (obydwa zaś przeróbkami filmów z lat 70. o ile dobrze zapamiętałem). Przerobiona kropka w kropkę, ale znacznie skrócona czasowo i „wątkowo” (poszły w pizdu zapychacze z kulawym Arjunem). Skrócona w zasadzie tak znacznie, że gdyby nie znajomość „Dona” to człowiek nic by nie kumał. Postaci pojawiają się znikąd i od razu pełnią ważną rolę w fabule. Na trzeźwo nie da rady, ewentualnie z zaznajomionym z niuansami Przewodnikiem u boku (pozdrawiam).

[Powinieneś dodać że Don78 był z Big B.(bolly), a odpowiednikiem była Billa z Rajinim w tamilach, a teraz powstał Don z Szaruchanem (bolly) i odpowiednikiem jest Billa z Ajithem (kolly). Proste! :)
(c) asiek_bolly]

Obejrzeć się da, ale nie dla filmu, co dla paru scen akcji. Zawsze to ubaw pooglądać faceta wyrzucającego laskę z pędzącego samochodu i za chwilę przejeżdżającego ją tym samochodem. Albo tę z puszką (zripuję Wam jak będziecie chcieli 😉 ). No i dla paru ładnych kadrów i ujęć, które jednak żywcem zerżnięte są z amerykańskiego kina i choć ładnie wyglądają to tylko przypominają, że w Indiach na siłę próbują być bardziej amerykańscy niż Amerykanie. A to błąd, bo o wiele lepsze wrażenie robią na mnie filmy „rdzennie” indyjskie. Znaczy błąd z mojego punktu widzenia :)

A końcówkę przespałem. 3+(6). Za to w bardzo miłym towarzystwie! :*

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.