Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

To nie jest kraj dla starych ludzi [No Country for Old Men]

„W zeszłym tygodniu złapali pewne małżeństwo w Kalifornii. Wynajmowali pokoje starszym ludziom, zabijali ich, grzebali w ogródku i spieniężali czeki z ubezpieczenia społecznego. Najpierw ich torturowali. Nie wiem dlaczego. Może zepsuł im się telewizor…?”

Llewelyn Moss (Josh Brolin) podczas polowania znajduje na samym środku pustyni pozostałości po porachunkach narkotykowych. Całkiem niezłe to pozostałości, bo oprócz kilku trupów, narkotyków i ostrzelanych samochodów znajduje walizkę pełną pieniędzy. Walizkę tę zanosi do domu i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wpadł na głupi pomysł, żeby wrócić z powrotem na pustynię.

„No Country…” to najnowszy film braci Coen, w którego przypadku prosiłoby się, żeby napisać coś mądrego. Tak, wiem, że ostatnio za każdym razem tak zaczynam dodając potem, że ja niestety jestem za głupi, ale w tym przypadku serio serio. Należałoby się zastanowić nad tytułem, rozgrzebać filmowe metafory, a na koniec zadumać się nad społeczeństwem XXI wieku (choć akcja filmu osadzona jest w latach 80. ubiegłego wieku, co jak sądzę każe dojść do przerażającego wniosku, że teraz jest jeszcze gorzej) i tym dokąd zmierza i jak przez lata przewartościowały się niektóre rzeczy. Należałoby, bo w „No Country…” duże znaczenie mają płynące z ekranu kazania starego szeryfa (Tommy Lee Jones), który w prostych słowach zastanawia się nad tym, jak za jego życia zmienił sie świat. „Mnie kiedyś postrzelił bikiniarz z samopału, taki stary jestem” – można by rzucić za „Zabójczą bronią 4”, żeby w lżejszych słowach przedstawić metaforyczne sny Lee Jonesa. Wszystko to wypadałoby zrobić, ale ja tego nie zrobię, bo ja prosty chłopak jestem (pisząc te reckę uploaduję do netu kolejne gołe baby do rankingu stu rozebranych filmowych celebrytek), a nie mądrala z gatunku: „Ten film uniwersalizuje czasy, miejsca i charaktery, ucieka przed oczywistością moralnych wyborów ku niemoralnej pewności, splata retoryczne pytania o ludzką naturę z przeświadczeniem morderczego fatum. Koduje płytkie i głębokie odczytania w balansującej na granicy absurdalnej, momentami pastiszowej hiperboli reżyserii”. No sami powiedzcie, zastanawiacie się czy warto wyskoczyć do kina na nowy film Coenów, czytacie, co tam o nim powypisywano, trafiacie na taką recenzję i co? To jest to, czego byliście ciekawi i coś, co pomoże Wam podjąć decyzję? Taaa, jasne. Pastiszowa hiperbola reżyserii…

Napisano w zacytowanej mądrej recenzji, że „No Country…” zbudowany jest podobnie jak „Fargo” i podano za przykład efekt domina (jak mądra recka, to do końca). Moim skromnym zdaniem, powiedzieć, że te dwa filmy łączy tylko tyle, to powiedzieć za mało. Tak naprawdę „No Country…” powinien nazywać się „Fargo 2”, bo obydwa filmy łączy tak wiele, że można by powiedzieć, że książka Cormaca McCarthy’ego, której ekranizacją jest film Coenów, została napisana świeżo po seansie „Fargo”. I tu rodzi się pytanie: czy jest sens oglądać dwa razy taki sam film, skoro podobieństwo jest znaczne? Ano to już zależy od potencjalnego widza. Cytowany tu bardzo często gambit się wynudził jednoznacznie wskazując na zwycięstwo „Fargo”, cytowany tu bardzo rzadko kalina ocenił zupełnie na odwrót, a męczący Was tutaj codziennie Quentin sam nie wie, kto z pojedynku „Fargo” vs. „No Country…” wychodzi obronną ręką i chyba wskazałby na remis ze wskazaniem na „Fargo”, bo pierwsze. Przy czym „No Country…” Quentin obejrzał z przyjemnością i wcale się nie nudził, choć czasem załamywał ręce. Głównie słysząc niektóre do bólu sztuczne dialogi. Sztucznie napisane i sztucznie wykonane. W zasadzie tak sztucznie, że zapewne głupi Quentin nie dostrzega sensu w tym bezsensie. Z pewnością tak właśnie jest.

No, ale dobra, powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B i udowodnić, że obydwa filmy Coenów są do siebie baardzo podobne. Może w myślnikach:
– postać zagrana przez Tommy Lee Jonesa różni się od tej zagranej w „Fargo” przez Frances McDormand jedynie płcią;
– i tu i tu mamy przygłupawych zastępców szeryfa, których ów szeryf, co trochę zaskakuje celnością dedukcji w sprawach z gatunku „jak potrzeć zapałkę o dryskę, to będzie ogień”;
– akcent głównych bohaterów; w „Fargo” bodajże skrzeczenie minneapolitańskie, a tutaj południowy akcent, którego nie znoszę szczerą i gorącą nienawiścią;
– krwawa przemoc pokazywana z wszelkimi możliwymi detalami;
– ślicznie sfotografowane otwarte przestrzenie – zima zamieniła się w pustynię, reszta się zgadza;
– żona Llewelyna to wypisz wymaluj żona Macy’ego z „Fargo”; kiedy czwarty raz powiedziała „Llewelyn” miałem ochotę ją udusić;
– drętwe momentami gadki naprawdę o niczym – Co to? – Nie powiem ci. – To mi nie mów. – Dobrze.;
– małomówny i bezwzględny killer rodem z Europy – w „Fargo” Szwed w „No Country…” Hiszpan.
Mało? Do tego garść bartonfinkowych motelowych klimatów i mamy „No Country…”.

Tak czy siak film mi się podobał i obejrzałem go z przyjemnością. Tak to już jest, że dać Quentinowi killera z gunem do ubijania bydła i sporo krwi i od razu film łyknie. Choć trzeba przyznać, że rodzą się w Quentinie coraz bardziej i coraz głośniej myśli z gatunku „no jak tak można, nie rozumiem” na widok przystawienia do czoła Bogu ducha winnego dziadka końcówki butli ze sprężonym powietrzem i pacnięcie mu prosto w to czoło. Wrażliwy się zrobiłem na starość, a takie myśli wcale nie ułatwiają oglądania filmu, bo człowiek przez dłuższą chwilę czuje się nieswojo. Oczywiście w końcu nadchodzi taki moment (zawsze nadchodzi), że przemoc obojętnieje i kolejne oderwane strzałem z shotguna ręce nawet nie zostają zauważone, a więcej myśli się o filmie nie zwracając już uwagi na takie rzeczy. Zaciekawiła mnie historia, byłem ciekaw jak się to wszystko skończy (choć parę pytań o sens wydarzeń mam, bo nie wszystko tam zgodnie z sensem na mój rozum było rozegrane – f.e. dlaczego Llewelyn nie wsiadł do autobusu z ukochanym półmózgiem (jedna z moich ulubienic Kelly MacDonald) i nie pojechali razem w stronę zachodzącego słońca? nie wspominając o umownej i często niewytłumaczalnej łatwości z jaką postaci filmu odnajdywały jedna drugą) i z ręką na sercu mogę przyznać, że w zasadzie nie nudziłem się ani chwilę. Ułatwiało to zresztą dobre aktorstwo i jeszcze lepsze zdjęcia. Mimo długich przestojów zawsze było na czym oko zawiesić i przetrwać do kolejnej rozwałki. I w zasadzie, gdybym miał narzekać, to ponarzekałbym jedynie na tyle, że im bliżej końca tym za bardzo metaforycznie było. Tak jakby na siłę Coenowie próbowali wmówic, że to nie jest jedynie film o wysyłaniu kolejnych ludzi w krwawy sposób do Krainy Wiecznych Łowów.

Jakby nie było, jeden z ciekawszych ostatnio filmów. 5(6). Może i za wysoko, ale na tle tego wszystkiego, co ostatnio obejrzałem i z moją sympatią do Coenów wyrzutów sumienia nie mam wystawiając taką ocenę. Aczkolwiek nie było w tym filmie nic, co by sprawiło, że wg mnie trafi do historii kina czy choćby do mojego serca. Ot, solidne kino, ale bez ducha ponadczasowości – zakończył filozoficznie Quentin udając mądrzejszego niż naprawdę jest.
(585)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.