American Gangster

Kiedy umiera król Harlemu, przed jego najbliższym współpracownikiem (Denzel Washington) staje trudne zadanie kontynuowania dzieła swojego mentora. Szansę na stworzenie jeszcze silniejszego imperium daje wojna w Wietnamie. Tymczasem na drugim końcu miasta, ambitny policjant (Russell Crowe) już wkrótce stanie na czele nowo utworzonego wydziału antynarkotykowego. Film oparty na faktach.

Po obejrzeniu najnowszego filmu Ridleya Scotta głównym pytaniem, jakie mnie dręczy, jest pytanie o to, czy jest winą pierwszorzędnego artysty, że popadł w rutynę? Czy reżyser, który dał światu kilka niezaprzeczalnych hitów może usiąść (osiąść?) na laurach i kręcić kolejne filmy z właściwym sobie znawstwem, ale bez tej iskry bożej, która sprawia, że gotowe działo rzeczywiście jest dziełem, a nie tylko bardzo solidnym rzemiosłem? Czy należy oczekiwać po takim reżyserze coraz lepszych filmów, czy może nie kręcić nosem na jego dzieła, które i tak wznoszą się ponad przeciętność niezależnie od tego, że nic nowego do historii kina nie wnoszą? Czy w końcu Scott nie jest więźniem swojej rutyny i wiedząc, że tak czy siak nakręci dobry film nie stara się, żeby był on jeszcze lepszy? Odpowiedź na to ostatnie pytanie brzmi „chyba nie”, bo przykra nauczka beznadziejnego „A Good Year” powinna Scotta czegoś nauczyć. A jak jest odpowiedź na resztę pytań?

Pod względem realizacji „American Gangster” nie można nic zarzucić. Wszystko jest na najwyższym poziomie, a klimat lat 70. odwzorowany jest znakomicie (tak „na czuja” of koz twierdzę, bo skąd mam znać klimat Harlemu lat 70.; ot oglądając film czułem, że jestem właśnie tam, a nie w dekoracjach z XXI wieku). Scenografia, zdjęcia, muzyka itd. wszystko jak z podręcznika „Jak powinien wyglądać dobry film”. Tylko co z tego, skoro filmowi brakuje wspomnianej wyżej iskry. Czegoś, co sprawiłoby, że widz z nosem wlepionym w ekran czekałby, co też wydarzy się dalej. Tutaj wlepiałem nos co najwyżej w zegarek.

Nie spodziewałem się filmu, który przebojem dostanie się do mojego prywatnego rankingu ulubionych filmów, bo teraz takich filmów już się raczej nie robi, a jeśli są, to jakimś cudem omijają nasze kina, ale spodziewałem się czegoś więcej, sam nie wiem czego. Przecież bardzo lubię murzyńskie klimaty i z grubsza większość filmów osadzonych w tym świecie mi „podchodzi”. Tutaj taki film wyreżyserował Ridley Scott i choćby z tego powodu należało oczekiwać czegoś lepszego niż średnio w zasadzie ciekawa historia z gatunku „wzbił się w powietrze i upadł na dupsko”. Ile już takich filmów nakręcono? Ten w zasadzie ratuje tylko to, że oparty na faktach, w innym przypadku kręcilibyśmy głową, że mało to prawdopodobne. A i ta etykietka „filmu opartego na faktach” ciąży „American Gangster”, no bo serio, ile ciekawszych historii z życia wziętych znacie? Założę się, że setki.

Biorąc to wszystko do kupy powstał film średni, który zniknie w mrokach naszej pamięci szybciej niż się spodziewamy. Bo zaraz nakręcą dziesiątki innych filmów wyróżniających się poziomem realizacyjnym i nie będzie powodu, żeby pamiętać film Scotta. Ot jeden z wielu filmów nakręconych właściwie nie wiadomo po co, ciekawych chyba tylko dla tych, którzy tę historię znają i ciekawi są jak poradzi sobie z nią wielki bądź co bądź reżyser. A kogo więcej obchodzi los jakiegoś murzyńskiego gangstera i policjanta z problemami życiowymi? Mnie jakoś średnio.

W moim odczuciu „American Gangster” to kolejny film nakręcony tylko po to, żeby zarobił „na opinii”. Robimy trailer, mówimy, że najnowsze dzieło Ridleya Scotta, reżysera takich hitów jak „Alien” i „Blade Runner”, piszemy, że w rolach głównych dwóch laureatów Oscara i już. W pierwsze dwa tygodnie zwracają się koszty produkcji, potem się coś dodatkowo zarobi i bilans wychodzi na plus. I nawet Washington i Crowe nie muszą się wysilać, bo przecież już było napisane w trailerze, że dostali kiedyś po Oscarze. I rzeczywiście, nie wysilili się, bo żaden z nich roli życia nie zagrał. Ważniejsze w tym przypadku było ich nazwisko a nie umiejętności. Nie mówiąc już o trzecim oscarowym Cubie Goodingu Juniorze, który gdzieś tam w tle po raz enty zagrał tę samą rolę… 4-(6).
(581)

PS. Korzystając z możliwości, chciałem napisać, że można już głosować w trzeciej rundzie konkursu na Bloga Roku. Ci, którzy już głosowali mogą jeszcze raz zagłosować, a ci, którzy jeszcze nie mogą się szarpnąć na 1,22 po raz pierwszy. Więcej szczegółów w jakiejś nowej notce, a póki co wszystko, co potrzeba wiedzieć znajdziecie pod poniższym obrazkiem:

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl