Odważna [The Brave One]

Tak sobie czytam recenzję dotyczącą tego filmu na Filmwebie i żal mi się zrobiło filmowych krytyków. Niezależnie od tego czy tych zawodowych czy tych, co myślą, że są zawodowi. Przerąbane tak musieć umieć mądrze napisać niezależnie od tego czy film się człowiekowi podobał czy nie. Znaleźć jakieś słowa, które sprawią, że czytelnik poczuje się taki głupiutki i dojdzie do wniosku, że nie zna się na filmach, bo on tam nic takiego nie zauważył. No i pisze taki krytyk/recenzent:

„Dwa tysiące lat temu Horacy pisał „Non omnis moriar”. Słowa „nie wszystek umrę” były dla tego rzymskiego poety źródłem pociechy i siły do trwania. Czasem jednak mogą się one przemienić w przekleństwo, z którego piętnem ciężko żyje się dalej”

…a człowiek czyta i myśli WTF? A potem wychowują się domorośli fachowcy od forumowych komentów typu:

„jeżeli według ciebie film był nudny, to świadczy to jedynie o twojej niskiej inteligencji i pustym charakterze…. No tak są osoby, które lubią pomyśleć trochę podczas ogladania filmuów, ale są też takie, które liczą jedynie na pusta, bezmyslną i odmózdzającą sieczkę….”

…lub:

„co to za kategoria: nudny, w odniesieniu do dramatu i thrillera? To nie jest sensacja z efektami specjalnymi. Oglądnij sobie gwiezdne wojny, zaciekawią Cię!”.

Komentator taki czuje się wtedy mądry, choć wyraźnie widać, że nic więcej do powiedzenia nie ma. No, ale presja na człowieku ciąży i trzeba się zachwycać filmami, którymi zachwycają się złotouści krytycy. Bo jakże to tak się nie zgadzać i wyjść na fana „Żołnierzy kosmosu”?

Dlatego cieszę się, że ja nie muszę udawać mądrego i mogę po prostu napisać, co sądzę o jakimś filmie. Nawet, gdy po przeczytaniu tych wszystkich mądrych uwag o Horacym, nadal uważam, że film był do dupy. To by nawet nienaturalnie wyglądało, gdybym udawał mądrego.

Bohaterką najnowszego filmu Neila Jordana („The Crying Game”, „The Interview with the Vampire”) jest, jak się szybko okaże, najbardziej pechowa kobieta w Nowym Jorku, Erica Bain, która prowadzi najnudniejszy z możliwych programów radiowych. Podobnym językiem jak zacytowany wyżej fragment o Horacym mąci na antenie radiowej o tym jak spacerowała po mieście. Erica nie dość, że w pracy spaceruje po mieście, to po pracy też po nim spaceruje. Nie wychodzi (hłe hłe) z tego nic dobrego, bo razem ze swoim narzeczonym zostają napadnięci i pobici. Narzeczony (lostowy Sayid) umiera, a Erica dochodzi w końcu do siebie, ale nie może pogodzić się z przeszłością. A że jest najbardziej pechową kobietą w Nowym Jorku, to gdy tylko w końcu znów wychodzi z domu, to zaraz w sklepie jest świadkiem napadu rabunkowego z bronią w ręku. Dwa wyjścia, dwa napady. A potem wsiada do pociągu i co? I znów jest świadkiem przemocy.

Mądra recenzja wymagałaby teraz napisać o… a co się bedę wysilał. O tak trzeba:

„Zaczyna się gra pozorów, uwodzicielskie tango charakterów. Główni bohaterowie igrają z losem i uczuciami. Wolą iluzje ponad prawdę, bo choć ona ich do siebie zbliża, może ich ostatecznie rozdzielić. Czy dla żywych zmarłych, jest jeszcze jakaś nadzieja?”.

Aaaaa! Nie no, sori, rozbraja mnie ta recka. Taki głupi się wobec niej czuję. Na szczęście nie jest to mądra recenzja (ta moja of koz), więc napiszę lepiej, że w „Odważnej” żadnych takich cudów nie ma, a jest tylko sztampowy scenariusz nakręcony w standardowy sposób przy użyciu sztuczek, które sprawiają, że ma się wrażenie oglądania mądrego filmu. Długie spojrzenia, wolne ruchy kamery, zbliżenia na płynące po twarzy krople wody, półmrok, odpowiednio „mądra” muzyka i te moralne dylematy, które można wyczytać z twarzy aktorów. Nie mam pojęcia, co skłoniło Jordana i Foster do zrealizowania tego scenariusza, który z tego, co czytam w mądrych recenzjach, przedstawia powolny proces godzenia się z własnym bólem i przeszłością i psychologiczne studium natury ofiary ble ble ble. Gdyby tak rzeczywiście było jak nam to wmawia reżyser, to po mieście codziennie biegałaby cała masa zdesperowanych ofiar gwałtów i pobić, które tylko czekają, żeby kogoś kropnąć strzałem w głowę. A jakoś gazety o tym nie piszą.

„Odważna” to film z gatunku tych, które zapomina się jeszcze w trakcie oglądania. Serio. Tak sobie oglądam i nagle coś mnie na maksa rozśmieszyło. Gdy się uspokoiłem, powiedziałem sobie: „Q zapamiętaj to, żeby potem o tym napisać w recce”. Film się potem zaczął kończyć, a ja już nie pamiętałem, cóż takiego zabawnego tam było. I do tej pory nie pamiętam.

Przykro to mówić, ale Jodie Foster kontynuuje swoją złą passę. Tak na dobrą sprawę nie zagrała w porządnym filmie od czasu „Kontaktu”. Potem albo były niewypały, albo gdy już film był dobry, to ona grała w nim drugie skrzypce. I nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie coś się zmieni w tym temacie. Szczególnie, że grywa w jednym filmie na rok. A skoro wybiera takie scenariusze… W jednym „Taksówkarzu” już zagrała. Powtórka z rozrywki nie przyniosła niczego dobrego. „Odważna” zniknęła z kinowych ekranów szybciej niż Jodie zdążyła powiedzieć „placek z jagodami”.

Chcecie fajny film o kobiecej pomście w zapalczywym gniewie, to obejrzyjcie sobie „Oko za oko” z Sally Field i Kieferem Sutherlandem.

Dziewięć na dziesięciostopniowej skali ziewometra. Co ciekawe, nawet Jodie się zgadza z taką oceną:

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl