Om Shanti Om

Spać mi się chce jak piernik, ale może ze dwa słowa skrobnę bez ładu i składu. Choć czuję, że nic mądrego nie napiszę przy dość niskim poziomie sił życiowych wysączonych przez krótki sen. Ha, już mam dwie linijki!

Bollywood, lata 70. Om Kapoor (Shahrukh Khan) jest początkującym aktorem, którego role ograniczają się do krzyczenia jak najgłośniej słowa „Uciekać!”. Shanti Priya (debiutująca Deepika Padukone; tak bardzo debiutująca, że małe są szanse, żeby znaleźć ją na stronie OSO na IMDb znając jej filmowe imię) jest wielką gwiazdą, w której Om jest do szaleństwa zakochany. Pewnego dnia los zsyła mu szansę.

O OSO było głośno od dawna, nic dziwnego, jeśli zobaczyło się planowaną obsadę. Szczena opaść musiała do samej ziemi. Wtedy to pół roku temu przewidziałem w swej niezmierzonej mądrości, że pewnie będzie jakaś scena wręczania nagród filmowych i voila. No, ale trzeba było poczekać trochę, aż potwierdziły się moje przypuszczenia. Innym powodem, dla którego było głośno o OSO był występ w nim przypakowanego Szakruka, który specjalnie dla filmu „wyhodował sobie kaloryfer”. Fanki piszczały, a zdjęcia nagich pleców Szakruka z promocyjnego teledysku odmieniane były przez wszystkie przypadki i powielane w niezliczonej ilości skrinszotów. Nie było wyjścia, film z tyloma gwiazdami w obsadzie (31 zdaje się) i gołym Szakrukiem musiał być hitem.

I rzeczywiście, wyszedł hit, choć ja osobiście uważam, że dość krzywdzącym dla filmu Farah Khan było to całe podbijanie gołego bębenka Szakruka, bo jego półnagi występ, choć z pewnością atrakcyjny dla bollysiuśmajtek (zanim mnie zakrzyczycie to napiszę, że z mojej strony to sympatyczne określenie jest), nie był aż tak godny uwagi, żeby stanowić główne źródło zachwytów. Powiem więcej, według mnie to całe „Dard E Disco” (nie chce mi się pisowni sprawdzać, jak jest błąd w tytule, to jest i już) było najsłabszym elementem całego filmu, który dość wyraźnie odstawał od całej reszty. Choć oczywiście nikt płci żeńskiej się ze mną nie zgodzi, a na opinie płci męskiej chyba nie mam, co liczyć pod tą recką. Tak czy siak, jeśli ktoś słyszał, że OSO warto obejrzeć, bo jest w nim półnagi Szakruk, to ja mówię, że półnagi Szakruk, to raczej tylko dla bollyfetyszystek (też sympatyczne!) jest główną atrakcją tego filmu. Jest w nim dużo więcej fajnych rzeczy, żeby zawracać sobie głowę nagim facetem. Jak ja nic nie wiem, prawda? :)

To, co najbardziej podobało mi się w OSO (a film mi się podobał i po głowie chodzi mi nawet takie określenie: „ultimate bollywood experience”) (kypba, jak mnie denerwuje moja spacja, która co chwilę się nie wybija!!) to jego dystans do Bollywood i wielka dawka autoironii. Ale taka naprawdę ogromna. Twórcy filmu puścili jedno wielkie oko do widza i zabawili się bollywoodzkimi konwencjami do granic możliwości. Widać wyraźnie, że zdają sobie sprawę ze stereotypów, jakie powielane są przez opinię publiczną wykorzystującą je do krytyki indyjskiego kina i wcale nie mają zamiaru się ich wypierać. Wręcz odwrotnie, czynią z nich główną wartość całego filmu. I za to doceniam OSO, bo śmiać z samych siebie trzeba umieć, a ten film jest dowodem na to, że w Bollywood potrafią to robić. „OK, kręcimy durne filmy, ale my takie kochamy, więc co wam do tego?” zdawało mi się, że pyta mnie ktoś w co drugiej scenie. Kwintesencją tego wszystkiego, o czym piszę w tym akapicie. jest scena kręcenia filmu o superbohaterze (przy okazji dostało się „Spidermanowi” i „Supermanowi”). Scena jak na prawie trzygodzinny metraż króciutka, ale pyszna (głupie słowo, ale zaspany umysł nie chce szukać innego). Pełna powaga, superbohater ratuje dziewczynę, bezpiecznie lądują na ziemi… w każdym normalnym amerykańskim filmie, superbohater spytałby czy dziewczyna po przejściach nie potrzebuje psychoanalityka. Tutaj sekundę po wylądowaniu proponuje taniec. A była chwila na odwrócenie konwencji, ale po co? Każdy czekał na taniec, więc tańczą, ale zrobione jest to w tak nachalny sposób (pozytywnie!), że nic tylko się uśmiać. A już parę sekund później spadł deszcz. No tak, w Bollywood zawsze na zawołanie pada deszcz i… Przygotujcie się na niespodziankę.

Przerzuciłem wzrokiem kilka opinii userów na IMDb i większość ludzi narzeka, że film głupi, przerysowany, wtórny itd. No, ale dlaczego miałoby być inaczej skoro ten film taki miał właśnie być? Filmów o filmie w filmie (piękne zdanie) była już cała masa i albo można to spieprzyć, albo zrobić z tego nieustanną zabawę. W OSO poszli tą drugą drogą i mogę się jedynie domyślać jaki ubaw mieli z tego filmu widzowie, którzy o Bollywood wiedzą więcej. Znają filmy, nazwiska, sceny, piosenki… Wyłapywanie tego wszystkiego musi być niezłą zabawą – ja sam, choć pojęcie mam mętne przez takie sobie, wyłapałem sporo nawiązań i innych tego typu rzeczy. Co chwilę była ku temu okazja, a to przewinął się przez ekran Govinda (daj Boże żebym faktycznie zrozumiał o co chodzi w tej hecy z nazwiskiem, ale chyba kumam) a to jacyś dawni herosi ówczesnego kina powklejani w teledysk niczym prezydenci z „Forresta Gumpa”, a to odwołania do filmu, który jeśli dobrze kojarzę tak zapadł mi w pamięć z nocy poBdBowej kawałkiem „Zindabad”. Jest tego cała masa i jeszcze więcej. A gdy przychodzi najdłużej oczekiwany moment spędu tych wszystkich ponad trzydziestu gwiazd to już w ogóle nie wiadomo na co patrzeć. Jest Apsik w kolejnej części „Dhooma”, jest Rani wymiatająca na parkiecie (fascynuje mnie ten jej głos – zupełnie nie pasuje do śpiewających za nią backvocali), jest piękna Kajol i milion innych megagwiazd w oszałamiającym teledysku, który z pewnością zrobi karierę na YouTubie i w tym podobnych miejscach.

Innym powodem podawanym przez przeciwników filmu na jego niekorzyść jest drewniana Deepika. No i może ona jest drewniana, ale przecież w filmie jest z grubsza tylko po to, żeby ślicznie wyglądać i z tego zadania wywiązuje się znakomicie. To, co było do zagrania biorą na siebie SRK i Arjun Rampal (z dość przesadną momentami pomocą Kiron Kher, no ale z drugiej strony taka przesadna to pomoc miała być), więc doprawdy nie ma co się znęcać nad biedną świeżynką. Zresztą konwencja przyjęta w OSO znakomicie pasowała do bollywoodzkich trendów, które w dziedzinie aktorstwa nie wymagają umiejętności Ala Pacino. „Tak miało być” może bronić się każdy z nich i rzeczywiście. Tak miało być. No Arjun tylko momentami zbyt diaboliczny był udowadniając tym samym, że z Szakruka lepszy aktor i tyle. Zresztą w jego przypadku 80% sprawy załatwia ekranowa charyzma, którą Szakruk ma i już.

Mieszając to wszystko w jednym tyglu ugotowano kolejną zabójczą mieszankę powalającą feerią barw i dźwięków. Oglądając OSO momentami miałem wrażenie, że to niemożliwe, żeby tyle kolorów upchać na jednym ekranie. A jednak, udało się. Piosenki (każda jedna) są świetne i ogląda się je z prawdziwą przyjemnością (choć brakowało mi takich typowych bollywoodzkich tańców w zsynchronizowanych według zegarka grupach), a opowiadana w filmie historia jest prosta, ale śmieszna i wzruszająca zarazem i doprawdy nie widzę powodu, żeby czepiać się wymieszanych tutaj scen i pomysłów z zyliona różnych filmów. A już z prawdziwym zaskoczeniem przyjąłem Szakruka wcielającego się przez moment w Clarke’a Gable’a i rzucającego nieśmiertelny cytat z „Przeminęło z wiatrem”: „Frankly my dear I don’t give a damn”.

6(6), a co. Fajnie, że zupełnie paradoksalnie, pomimo tych wszystkich typowych „bollywoodyzmów” wyszedł film uniwersalny, w którym darowano sobie przeciąganie w nieskończoność dramatycznych momentów. Wręcz przeciwnie, wszystko ładnie sunie do przodu i nie zatrzymuje się na niepotrzebnie długo. Pod tym względem OSO przypomina hollywoodzką produkcję – zachowując oczywiście stosunkowe proporcje. Mimo wszystko bowiem stopień uproszczenia wielu spraw dotyczących fabuły dla zażartego fana amerykańskich produkcji wciąż będzie nie do przeskoczenia. Tak samo jak i nadekspresyjne aktorstwo i wiele innych rzeczy, które sprawiają, że OSO to pełną gębą bollywoodzki film. Zresztą nawet nie próbował być inny. Samo mu wyszło, że taki hollywoodzki zarazem, co traktuję jako plus i cieszę się, że udało mi się przeskoczyć przez granicę zabobonów dotyczących indyjskiego kina. A może nawet nie przeskoczyć, ale po prostu zaakceptować je, bo przecież nie są takie straszne. Szczególnie, jeśli płaci się za to uśmiechniętą japą przez większość seansu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.