Długi postój na Park Avenue [The Taking of Pelham One Two Three]

Czwórka bezwzględnych bandytów porywa wagon metra, żądając za jadacych w nim pasażerów okupu w wysokości miliona dolarów. Jeśli ich żądania nie zostaną spełnione w przeciągu godziny, wtedy mają kolejno zabijać jednego pasażera po drugim.

Sensacyjny klasyk z lat 70. w doborowej obsadzie aktorskiej (Walter Matthau, Robert Shaw, Martin Balsam), który stał się jednym ze źródeł inspiracji dla „Wściekłych psów” Quentina Tarantino. Tarantino pożyczył sobie z tego filmu pomysł na to, by gangsterzy byli jednakowo ubrani (choć w „The Taking…” zamiast w garniaki i skórzane krawaty, oprychy ubrane są w długie płaszcze, okulary i kapelusze a pod nosem noszą przyklejane wąsy), a przede wszystkim koncepcję kolorowych ksywek. Mamy tu więc Mr-ów Blue’a, Greena, Graya i Browna. A żeby zakończyć łańcuszek kto się kim inspirował dodam jeszcze, że scenariusz „The Taking…” oparty jest na powieści Johna Godeya.

Nie ma w tym filmie za dużo niepotrzebnych rzeczy. Akcja rozwija się od samego początku według uświęconych przez kino reguł gry. Porywacze powoli zajmują miejsca na wagonikowej szachownicy, a tymczasem w biurze policji rozpoczyna się kolejny senny dzień, którego jedynym odstępstwem od reguły jest wizyta szefostwa tokijskiego metra. I nagle jeden telefon rozpoczyna całą machinę zdarzeń, która już nieprzerwanie zmierza do końca filmu, zatrzymując się jedynie na krótkie momenty w celu odwiedzenia fajtłapowatego burmistrza Nowego Jorku (i to najsłabszy element filmu). Wszystko, co z nim związane mogło spokojnie pójść w przysłowiowe pizdu, bo tylko wprowadzało niepotrzebnie komiczną atmosferę (choć i w wątku „burmistrzowskim” trafiają się perełki:
– Proszę się nie obawiać, nie będą do pana strzelali.
– Sądzisz, że są spoza miasta?)
No, ale nie można mieć wszystkiego. Było oprócz tego jeszcze parę drobnych zgrzytów, ale można je spokojnie przeżyć patrząc na standardy dzisiejszego kina akcji.

„The Taking…” to film ze świetnie napisanym scenariuszem (piękne dialogi i zakończenie), z dobrymi aktorami (Shaw czy Matthau to ludzie, których kinu z pewnością zawsze już będzie brakowało) i sporą dozą akcji. Mimo, że minęło już prawie 35 lat od jego premiery, to film ten wcale się aż tak bardzo nie zestarzał. A ja głównie po tym rozpoznaję i doceniam dobre produkcje – można je oglądać po latach i nie ma się tego nieprzyjemnego uczucia, że ogląda się film w starym kinie.

Pewnie dlatego, że trzydzieści pięć lat później u nas dalej mamy ledwo namiastkę metra… 5(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.