Trade

O filmie Marco Kreuzpaintnera było u nas głośno od dawna. Najpierw gazety rozpisywały się o karierze jaką zaczyna robić w Hollywood Alicja Bachleda Curuś (nie wiedziałem, że urodziła się w Meksyku – tak podaje IMDb), a potem o tym, że film jest słaby, a jedynym jasnym jego punktem jest rola ślicznej Polki. Prawda okazała się taka, że film jest słaby, a Bachleda Curuś niczym specjalnym się nie wyróżnia.

13-letnia Adriana zostaje porwana ze slumsów Mexico City przez handlarzy żywym towarem. Śladem dziewczynki podąża jej brat. Wkrótce odkrywa, że razem z jego siostrą jeszcze kilkoro osób ma zostać przeszmuglowanych do Stanów, gdzie będzie można je sprzedać. Wśród tych osób znajduje się młoda Polka, Weronika, która aż tutaj dotarła w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swojego synka.

„Trade” podejmuje trudny temat handlu żywym towarem, jednak w porównaniu do takich filmów jak „Lilja 4-Ever” czy „Maria Full of Grace” wypada tak samo blado jak kolorystyka jego zdjęć. Momentami przeraża pokazując brutalną prawdę o tym procederze, ale jest w pewien sposób tak naiwny, że mam wrażenie, że gdyby ten interes kręcił się na takich właśnie zasadach jak pokazano w filmie, to szybko wszyscy handlarze zostaliby połapani i pozamykani w pierdlu. Wszyscy ci, którzy widzieli dwa wspomniane wcześniej filmy nie znajdą tu nic, o czym by nie wiedzieli, a kto ich nie widział, to niech lepiej skupi swoją energię na ich zdobyciu, bo czas poświęcony na „Trade” jest czasem straconym. Zresztą od połowy filmu zamienia się on w bzdurę i o ile wcześniej zaserwowanych zostało parę mocniejszych i bardziej zapadających w pamięć scen, to później już nawet tego nie było. I nie mówię o tym, że brakowało mi drastycznych obrazów, ale tak zwyczajnie, jeśli ktoś już podjął taki temat, to żeby odnieść sukces, powinien bardziej postarać się zagrać na uczuciach i sumieniach widzów. Zamiast tego można było oglądnąć paradę głupot spychających film w przepaść. A gdy Kevin Kline zaczął opowiadać swoją smutną historię, to czara goryczy się przelała. Zniszczenia dokonała ostatnia scena filmu pasująca do tego, co zobaczyliśmy wcześniej jak sandały do smokingu.

Patriotyczny obowiązek może Wam podpowiadać, że warto spróbować obejrzeć film dla ABC, ale według mnie również nie ma w tym większego sensu, bo jej rola ogranicza się do bycia gwałconą i serii nierozsądnych zachowań zakończonych w maksymalnie idiotyczny sposób. OKi, łatwo mi mówić, bo nigdy mnie nie porwali handlarze żywym towarem, ale niezależnie od tego uważam, że biedna Polka potraktowana została w „Trade” maksymalnie sztampowo. Mieszkanka zapyziałego blokowiska z Matką Boską wiszącą w centralnym miejscu mieszkania. Na dodatek jak to zwykle w zagranicznych filmach bywa, nie zadano sobie trudu, żeby znaleźć choćby jeszcze jedną polskojęzyczną osobę w związku z czym rozmowa Weroniki z matką przypomina z deka kabaret. Kobita z polskiej wsi mówiąca z zagranicznym akcentem jest dość dziwnym dodatkiem do tego marnego filmu. Dodatkowo scenarzysta nie zadał sobie chyba wielkiego trudu w próbie sensownego pokazania kilku spraw. W Meksyku Matkę Boską i Papieża kochają prawie tak samo jak i u nas i doprawdy trudno mi uwierzyć, że zły Meksykanin, który na przełęczy modli się do Najświętszej Panienki myśli, że Polka jest brudną komunistką. Zresztą jego moralne rozterki są kolejnym śmiechu wartym elementem „Trade”.

Reasumując, jeśli komukolwiek zależało na pomocy tym biednym dziewczynkom i kobietom, które tysiącami zostają każdego roku przehandlowane zboczeńcom, to lepiej było wydać kasę wyłożoną na produkcję tego filmu na jakąś organizację zajmującą się tym problemem. 2(6)
(549)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.