Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Murder Party

Halloween czas rozpocząć. Oczywiście tak sobie tylko piszę, bo jak znam życie oprócz tej recki nic więcej się dzisiaj na blogu nie znajdzie, ale doprawdy, byłoby całkiem miło zrobić sobie cały dzień oglądania horrorów i opisywania ich tutaj. Jakieś tam szanse są (gdyby nie było żadnych, to nie zaczynałbym tą uwagą o Halloween, którego przecież nie mam zamiaru świętować; choć przyznam, że mam taką wydrążoną dynię z zapaloną w środku świeczką, która robi klimat), ale nie należy za bardzo liczyć na to, że na Q-blogu będzie taki horrorowo-halloweenowo-reckowy dzień. [Miejsce na głośne westchnięcie ulgi.]

Jakby nie było, w klimat dzisiejszego dnia wprowadził mnie film pod wiele mówiącym tytułem: „Murder Party”.

Trzeba przyznać, że Nikodem Dyzma miał więcej szczęścia od Christophera, gdy znalazł na ulicy zaproszenie na imprezę. Co prawda życie sympatycznego i samotnego Chrisa też zmieniło się o 360 stopni 68 stopni Celcjusza, ale myślę, że nie tego oczekiwał wybierając się na halloweenowe „murder party”. Choć trzeba przyznać, że trochę farta miał unikając, zrządzeniem losu, uderzenia siekierą w wyniku czego w myśl wykombinowanego naprędce planu wylądował przywiązany do krzesła, a wokół niego kilkoro artystów zaczęło się spierać, co dalej robić.

„Murder Party” to typowy film z gatunku „łomatko, trzeba wymyślić coś, żeby zapełnić 40 minut filmu zanim zaczniemy zabijać i już pójdzie z górki”. Do tego dochodzi jeszcze jakiś tam pomysł na film (w myśl zasady: „każdy film powinno się dać opisać jednym zdaniem” tutaj byłoby to zdanie: bohater znajduje zaproszenie na imprezę, na której ma zostać zabity) i już mamy wyobrażenie o jego pierwszej połowie. Akcja powoli się rozkręca, a potem mamy pół godziny gadania o niczym. Przyznaję, że scenarzysta i reżyser w jednej osobie miał parę fajnych pomysłów i kilka razy wybuchnąłem śmiechem i z podziwem potakiwałem głową dla jego jakiejś tam pomysłowości, ale zaraz potem pomyślałem, że jak chcę zobaczyć dobry skecz, to włączam sobie kabaret, a z kolei jeden wybuch śmiechu na dziesięć minut filmu (cóż za analityczno-matematyczne spojrzenie) spowodowany, nazwijmy to, skeczem, to żaden wielki plus dla filmu. Ot sposób na to, żeby się nie zanudzić od tego gadania o niczym i słabego aktorstwa („Murder Party” to produkcja niskobudżetowa nakręcona jak myślę przez grupkę zapaleńców). Przy okazji zastanawia mnie jedna rzecz – dlaczego w takich produkcjach aktorzy zawsze wyglądają jak wiejskie chłopaki z odpustu? To znaczy, jest sobie facet ubrany w czerwoną koszulę i garniak i w takich filmach zawsze wygląda to tandetnie, a z kolei tak samo ubrany facet w filmie za sto milionów dolarów wygląda cool i widać, że pewnie sypia z projektantką (albo i projektantem) mody. Od zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego tak jest. Do dzisiaj nie wiem.

No, a po pierwszej dość nudnej połowie filmu następuje połowa druga, krótsza niestety (ile razy mam wam powtarzać, że nie ma krótszej i dłuższej połowy?! i znowu większa połowa z was tego nie zapamiętała!). W drugiej połowie filmu należącego do gatunku opisanego na początku, twórcy filmu mają już ułatwione zadanie, bo całość akcji ogranicza się do gonienia po planie z siekiera i piłą mechaniczną i zabijaniu wszystkich, którzy się pod owe narzędzia nawiną. Tak samo jest i w „Murder Party”, choć trzeba przyznać, że jakiejś specjalnie wielkiej rozpierduchy nie ma. Krew sika na lewo i prawo, siekiera wbija się w miękkie ciało itd. ale wszystko w granicach rozsądku. Oczywiście trzeba brać poprawkę na mój spaczony w tej kwestii gust, ale nie sądzę, żeby było w tym filmie coś ponad wytrzymałość normalnego widza. Widać wyraźnie, że brakło kasy/umiejętności/pomysłu/talentu na zrobienie spektakularnych efektów w zamian za co załatwiono sprawę odpowiednim montażem, a krwawiące obficie rany to już każdy głupi umie zrobić. W każdym bądź razie już do końca akcja leci szybciutko, trup ściele się gęsto, a i od czasu do czasu znów trafia się jakiś smakowity kąsek w postaci na przykład kapitalnej sceny ze zdejmowaniem maski przez wilkołaka.

3+ dam, więcej nie. Obejrzeć można bez żalu, szczególnie, że film trwa jakieś 70 minut, ale z pewnością zamiast niego można by zobaczyć kilkanaście lepszych filmów. taka typowa półamatorska produkcja z gatunku tych lepszych.

A na koniec, żeby podtrzymać nadzieję na tematyczny dzień na Q-blogu, kawałek kapeli, która najbardziej do dzisiejszego dnia pasuje. Jeśli jakimś cudem uda mi się dzisiaj napisać więcej notek, to każdą zilustrują niemieckie chłopaki z kapeli „Helloween”. Na początek balladka, bo będę się ewakuował do spania i przyda mi się jakiś kojący utwór. „A Tale That Wasn’t Right”:

Boszsz, jakże oni to fałszują na żywo…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.