Blood Car

Niedaleka przyszłość. Ceny paliwa osiągnęły tak zawrotne ceny, że nikt już nie używa samochodów. Młody wegetarianin, Archie, w zaciszu swojego domu pracuje nad skonstruowaniem silnika napędzanego wywarem z trawy. Szybko okazuje się, że prototypowy silnik to nie krowa i na trawę nie będzie działać. W wyniku drobnego incydentu do zielonego paliwa dostaje się trochę krwi. Wypadek ten uświadamia Archiemu, że do napędzania jego samochodu potrzebna jest właśnie krew. Dla wegetarianina to dość radykalne odkrycie, ale profity z posiadania działającego samochodu są tak duże, że Archie postanawia działać. Tymczasem jego tropem podąża Rzon… Rząd.

Nie wiem,może ja już jestem za stary, albo po prostu filmom takim jak „Blood Car” czegoś brakuje. Jakby nie było, sytuacja podobna jak z „Murder Party”. Jest pomysł na film, jest kilka fajnych pomysłów na ciekawe sceny, jest trochę krwi (trochę jak na temat filmu), dość dużo nagości itd. a mimo to oglądam i się nudzę. Przy czym nie jest to jakieś tam znudzenie zmuszające do wyłączenia filmu, ale takie wystarczające na to, żeby oglądać bez specjalnego zaciekawienia. A że to również produkcja niskobudżetowa, to puste korytarze szkolne zamiast budzić we mnie klimat niepokoju, to włączają w mojej głowie lampkę „ciekawe ile musieli się prosić, żeby im pozwolili kręcić przez parę minut nocą w pustej szkole, bo inaczej nie było szans”. To samo pustki na ulicach, placach zabaw itp. Niby tworzą jakiś tam klimat, ale ja wiem, ze to głównie dlatego tak pusto, żeby nie trzeba było okiełznać tłumów w drugim planie.

„Blood Car” ma kilka bardzo dobrych momentów, szczególnie dla tych widzów, którzy nie mają za dobrze pod sufitem. To film dość absurdalny i żeby mieć fun ze strzelania do szczeniaczków czy dzieci, trzeba wejść na ten specjalny poziom absurdu znany chyba tylko fanom takich produkcji. Przy czym brawa należą się twórcom filmu, że doprowadzili do takich sytuacji w filmie dość naturalnie i w sposób, który może budzić rozbawienie. Przy czym trzeba pamiętać, że to „strzelanie do szczeniaków czy dzieci” to tylko tak niemiło się czyta, bo film szczędzi widzowi takich widoków – więcej zostawione jest wyobraźni. Bądź co bądź to przede wszystkim komedia, która doprawdy jest momentami zabawniejsza niż te wszystkie młodzieżowe komedyjki z żartami o pierdzeniu i choć też momentami niesmaczna, to jednak w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ot na przykład można tu zobaczyć śmieszną scenę ze złotym deszczem. I jeszcze kilka innych śmiesznych scen, choć tak jak pisałem wczoraj: jeśli chcę zobaczyć zestaw skeczów, to zabieram się za oglądanie kabaretu a nie filmu.

To idealny film na imprezę z paczką dobrych kumpli i dużą ilością alkoholu. Podejrzewam, że w takim towarzystwie zyskuje kilkukrotnie niż podczas oglądania go w ciszy, spokoju i skupieniu. Ma naprawdę kilka bardzo dobrych momentów, ale całość nudzi. Choć „Blood Car” skierowany jest do konkretnej grupy odbiorców, która z pewnością będzie umiała docenić jego zalety. Wszyscy inni zobaczą w nim jedynie kolejne półamatorskie dziełko nakręcone przez grupkę zapaleńców. Nie oceniam, bo i po co. Obejrzałem raz, drugi raz nie obejrzę. Zachwycony nie byłem, ale i załamany też nie. 75 minut mojego życia mniej i tyle.

Byłbym zapomniał. Na koniec kolejny kawałek Helloween zgodnie z nocną zapowiedzią:

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.