„Stalin: Man for the Society”

„Jeśli wyślesz swoich ludzi o 16. zapłacisz za swój największy błąd o 16.10.”

„Podaj dalej” [„Pay It Forward”] – sympatyczny film z Haleyem Joelem Osmentem, który zdaje się skończy jak Macaulay Culkin (czytaj: tak se), podwójnie oscarowym Kevinem Spaceyem i pojedynczo oscarową Helen Hunt. Podobał mi się, ale oceny maksymalnej ode mnie nie dostał, czyli czegoś mu najprawdopodobniej brakowało. Dzisiaj się dowiedziałem czego. TEGO:

Aaaa! 😀

Stalin (jeszcze przez pierwsze parę minut filmu myślałem, że to przypadkowa zbieżność nazwisk/imion/łotewer, ale szybko zostałem wyprowadzony z błędu – bohater tego tollywoodzkiego filmu dostał swoje imię po wiadomym Stalinie) jest emerytowanym majorem hinduskiego wojska, któremu na sercu leży dobro społeczeństwa. Gdyby mógł to by się roztroił (no i raz mu się to nawet udało), żeby pomóc jak największej liczbie rodaków. A że na dodatek obdarzony jest nadludzką siłą, to tym łatwiej przychodzi mu czynienie dobra czy to piórem czy za pomocą pięści. Pewnego dnia Stalin wpada na pomysł łańcuszka dobrej woli – pomaga trzem osobom (oficjalnie rozpoczynając łańcuszek, bo bez łańcuszka i tak pomagał i prosi, żeby one pomogły trzem następnym i poprosiły je o pomoc kolejnej trójce itd. A żeby nie było nudno, dodatkowo wplątuje się w dość nieprzyjemne waśnie z pewnym wpływowym politykiem.

Nie będę szpanował nazwiskami aktorów, nie będę wykazywał różnicy między Bolly, Tolly i Kolly (byłoby ciężko, bo z tego ostatniego jeszcze nic nie widziałem; EDIT: A jednak okazało się, że widziałem hehehe, boszsz, jakie to wszystko skomplikowane!), nie będę chwalił się, że wiem, co jest z południa Indii a co z północy. Nie zrobię tego, bo aktorów na razie nie rozpoznaję (choć Prakasha rozpoznałem) a i nie widzę powodu, żeby kino z jednego kraju traktować dodatkowo regionalnie. Dla mnie Bollywood = całe Indie i tak to traktuje. I choć różnicę między Bolly i Tolly widzę, to nie sądzę, abym potrzebował zajmować miejsce w tej recce na takie rozważania. Choć i tak cały akapit mi to już zajęło hehe.

Co to ja miałem… noo, cóż za film! Jeśli kicz miałby wyglądać tak jak „Stalin” to mógłbym oglądać kiczowate filmy do końca życia. No, bo nie oszukujmy się – kicz to jest i łopatologia stosowana, ale podana w tak wybuchowej formie, że nic tylko oglądać. Kolejne trzy godziny zleciały jak z bicza strzelił i znów pozostało to uczucie pod tytułem: „jak oni to robią, że się trzy godziny nie dłużą?” plus: „kurde, dziesięć minut do końca filmu a tu jeszcze spokojnie z godzinę można by go pociągnąć”. Zadziwiające.

„Stalin” to mieszanka wszystkiego ze wskazaniem na łubudu, którego jak dla mnie i tak jeszcze było za mało! Z pół godziny więcej nawalanek powinno być! Ci wszyscy fruwający w powietrzu badguye kręcacy nieżywe piruety, zwolnione ujęcia (i obydwa te elementy połączone – trzech badguyów powoli frunie w powietrzu a kolejni trzej dostają pod spodem łomot hehe), szyby znajdujące się zawsze tam, gdzie trzeba, krew z rozbitego na kamerze ryła itd. Takie to mogę oglądać. Szczególnie, że zilustrowane takim kawałkiem muzycznym, że nic tylko chce się ubrać mundur i iść podbijać Polskę (c) Woody Allen. A i jeszcze zapomniałem o szczęku maczet. Nawiasem mówiąc oni tam chyba rzeczywiście kochają swoje maczety – kiedy padł rozkaz, że można do Stalina strzelać bez ostrzeżenia, to co zrobił ww. polityk? Wysłał zylion ludzi uzbrojonych w maczety. Chyba nikt obrzyna choćby nie wziął. Z drugiej strony, cóż by mogli zrobić facetowi, który potrafi tak:

Drugie, co do mnie przemówiło w „Stalinie” to humor (było też chwytająco za serce, ale dla mnie zbyt łopatologicznie, więc powiem szczerze, że czekałem aż się skończy – apropos, końcówka była dość męcząca). Właściwie nie musiało być żadnych komediowych scen a i tak bym się uśmiał. No bo jak się nie śmiac z najprostszych tekstów w stylu: „Poczekaj na korytarzu, Stalin”? :D:D „Stalin, telefon do ciebie”… „Stalin, napraw spłuczkę” (wymyśliłem, ale wiadomo o co chodzi). Parę razy zdarzyło mi się na dźwięk tych tekstów paść, choć nawet sceny w filmie nie były zabawne. Albo akcje typu: premier woła Stalina, na drodze staje mu dwóch drabów (Stalinowi, nie premierowi), sekundę później chłopaki razem z drzwiami w drzazgach są w drugim pokoju. Big respect dla Stalina! No i jeszcze te wszystkie śmieszności wynikające ze scenariusza czyli akcje typu: „Jeśli Stalin się zdenerwuje to może umrzeć”, OK, to przenieśmy go o papierkowej roboty. Rzeczywiście, to go na pewno nie zdenerwuje. Plus do tego wszystkiego humor sytuacyjny, dość sympatyczny trzeba przyznać. Niezależnie od tego, że głównie z udziałem kiepskawej, ale przemiłej, kobitki dybiącej na serce Stalina.

Co do muzyki to tylko dwa słowa: główny motyw powalający na kolana, a reszta standardowa jak na moje ucho. Żadna melodia (poza monumentalnym motywem przewodnim) nie wpadła mi do ucha i teraz, dwie godzinki po skończonym seansie nie umiałbym żadnej zagwizdać. Za to umiem tak zrobić z kołnierzykiem koszuli jak Stalin podczas tańca! No tak, Stalin tańczy:

Reasumując: trzy godziny przedniej zabawy. A co mi tam, 5(6) – dobrze się bawiłem! A w końcu po to się ogląda filmy rozrywkowe. Nie przeszkadzają mi zupełnie bzdury typu wyfruwający przez okno samochodu Stalin, a także zapożyczenie pomysłu na film z innego filmu – takie wariacje na temat akceptuję. Co innego kopiowanie scena w scenę.

BTW kopiowania, ktoś zdecydowanie widział „Sympathy for Mr. Vengeance” (część trylogii m.in. z „Oldboyem”, którego scena po scenie skopiwano w „Zinda”). Konkretnie chodzi mi o tę scenę:

Praktycznie identyczną (konceptowo) wkleję jutro, gdy będę miał dostęp do „Sympathy…”. Voila:


(529)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl