„Biali nie potrafią skakać” [„White Men Can’t Jump”]

[Notka crosspostowa na obydwu moich blogach.]

„You can put a cat in an oven, but that don’t make it a biscuit.”

Nie samymi nowościami, krwią i Bollywoodem człowiek żyje. Wychodząc z tego założenia postanowiłem przypomnieć sobie kilka filmów, które pasjami oglądałem w pięknych latach 90., kiedy o fajne filmy trzeba się było jeszcze trochę pomęczyć i pogimnatykować i z tego względu przyjemność z ich oglądania była większa. Nie to, co teraz kiedy wszystko wszędzie jest. No i dochodzi do tego jeszcze czynnik wieku – człowiek młody był i inaczej na filmy reagował. I kurde jakoś wyrósł nie na degenerata choć nikt się wtedy w filmach nie przejmował polityczną poprawnością i PG-13 i gdy bohater był na coś wściekły to krzyczał trzy razy „fuck” a nie tak jak teraz rzucał jakieś lightowe „przekleństwo”, których kilka z angielskiego języka angielskiego zrobiło ostatnio filmową karierę (wanker, yyy i oczywiście nie potrafię sobie teraz żadnego innego przypomnieć, standard). To już gorzej Wesley Snipes wyszedł, bo go FBI po całym świecie gania.

Billy Hoyle (Woody Harelson) podróżuje od boiska do boiska i wykorzystuje swoje koszykarskie umiejętności do naciągania innych graczy. W ten sposób poznaje Sidneya Deane’a (Wesley Snipes) z którym postanawiają połączyć siły i w dwuosobowej drużynie kontynuować naciągany proceder.

[Informacja organizacyjna: Od dwóch dni nonstop chce mi się spać, a nie umiem napisać nic sensownego, gdy chce mi się spać.]

Nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałem „White Men…”, ale z pewnością było to bardzo dawno temu. Z tym większą radością zasiadłem do ponownego seansu. i choć widziałem ten film lekko licząc z dziesięć razy, to i tak jak już go włączyłem po raz enty, to wyłączyłem dopiero, gdy się skończył. Rzecz niespotykana z nowymi filmami, które zwykle oglądam na przynajmniej kilka razy. Owszem, zdarzają się ukochane dawniej filmy, które próby czasu nie wytrzymały, ale jak już przejdą test czasowej wytrzymałości to wtedy zwykle dostrzega się tę smutną prawdę, że aktualnie już się takich filmów nie kręci. To oczywiście banał, ale prawdziwy. Jakoś nie wyobrażam sobie „White Men…” nakręconego teraz. Może i jestem uprzedzony (albo sentymentalny) ale tak uważam i już.

„White Men…” to jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) filmów z koszykówką w tle. Bo choć wydawać by się mogło, że koszykówka to jego główny temat (lekko licząc 1/4 filmu to koszykarskie mecze na betonowym boisku, a kolejna 1/4 to sceny na takim boisku, ale bez grania w kosza) to jednak ma do zaproponowania dużo więcej niż tylko grę w kosza. Całkiem fajnie nakręconą grę w kosza – zawsze chciałem zrobić tak jak Snipes na poniższym filmiku, ale nigdy mi się nie udało. Inna sprawa, że ja koszykówki nie lubię i specjalnie za dużo okazji do powtórzenia tego nie miałem, ot trochę się wtedy na SKS-ach grało a i NBA przebojem wdzierała się do polskiej telewizji i w całej Polsce stawiano pierwsze kosze a koszykówka robiła zawrotną karierę w tym zapyziałym kraju, gdzie wszystko przychodzi sto lat za Murzynami. Rzecz nie do pomyślenia teraz, ale wtedy to praktycznie nikomu nie śniło się granie „one on one” na szerszą skalę i wszyscy tylko w piłkę nożną grali (no chyba, że to tylko u mnie na wsi :) ). Zresztą chyba to wpływało też na odbiór filmu – człowiek oglądał i sobie myślał, jaki to świat jest inny od tego, w którym żyje… No, ale wpadam w sentymenty, a filmik miałem pokazać:

A pomijając koszykówkę, film Rona Sheltona oferuje dużo więcej atrakcji. Jest tutaj cała masa zabawnych dialogów, dwójka bohaterów z krwi i kości a także zwyczajne szare życie, które zaczyna się, gdy bohaterowie schodzą z boiska. Mają swoje domowe problemy i inne kłopoty i zdecydowanie nie jest to jedynie film o dorosłych dzieciach, które całymi dniami rzucają do kosza w towarzystwie innych dorosłych dzieci. Ta „niejednowymiarowość” bardzo wpływa na atrakcyjność filmu. Dodając to wszystko do kupy, jak dla mnie wychodzi film idealny w swoim gatunku. 6(6) bez najmniejszego wątpienia.
(534)

A w kolejce już czeka „China O’Brien”. Pamiętacie w ogóle Cynthię Rothrock?

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.