„Czasem słońce, czasem deszcz” [„Kabhi Khushi, Kabhie Gham” aka „Sometimes Happiness, Sometimes Sorrow”]

„Wiesz, matka zawsze powtarzała, że mąż jest jak Bóg. Nieważne, co mówi, nieważne co myśli – zawsze ma rację.”

Rohan (Hrithik Roshan) kończy edukację i wraca do domu, w którym (nie wiedzieć czemu; no chyba, że w Indiach nie obchodzą Wielkanocy i Bożego Narodzenia) nie był od kilku lat. Na miejscu po pierwszych wzruszeniach powitania dowiaduje się strasznej prawdy. Jego ukochany brat Rahul (Szakruk) nie dość, że nie jest jego rodzonym bratem to na dodatek podpadł ojcu i od wielu lat jego noga nie stanęła na dziedzińcu rodzinnej rezydencji. No, ale tak to się kończy, gdy pochodzący z megabogatej rodziny chłopak zakochuje się w córce (Kajol) swojej służącej.

W końcu udało mi się obejrzeć tę przepustkę hinduskiej kinematografii na światowe salony. Czas na parę refleksji po seansie:

– Film podzielony jest na dwie części (co nie jest żadną nowością w Bollywood, gdzie filmy trwają po trzy godziny i prawie zawsze mają przerwy na siku w środku seansu): akcja pierwszej dzieje się w Indiach, akcja drugiej przez większość czasu w Londynie. I jeśli miałbym oceniać obie części osobno (choć stanowią integralną całość; coś dużo tych nawiasów…) to pierwsza dostałaby 5(6) a druga 4(6) co w sumie daje 4+(6). Byłoby jeszcze ciut niżej, gdyby do końca już w tym nieszczęsnym Londynie zostali. Dlaczego nieszczęsnym? Ano to, co pasuje w realiach indyjskich i nie wyróżnia się na tle reszty, w Londynie nie jest już takie na miejscu przez co wyraźniej dostrzega się naiwność niektórych (no dobra, większości) sytuacji. Dlatego ta londyńska część filmu podeszła mi średnio.

– Kajol jest śliczna.

– Nie ma mowy, nie przekonam się do Kareeny Kapoor – jest okropna. Pasowała do Londynu jak ja na paradę gejów.

– Znacie Hrithika? Nie znacie, to poznajcie:

Wkleiłem to zdjęcie z jednego powodu. Otóż w „Czasem słońce…” intryga jest taka, że w młodości bohater grany przez Hrithika był gruby, a potem schudł i nikt go przez to nie poznał. Jeśli dobrze przyjrzycie się zdjęciu to zobaczycie (ja tam widzę od razu, ale podobno laski mdleją na widok Roshana i im na oczy idzie), że facet ma podwójny kciuk w prawej dłoni. No i teraz tak:
– jeśli mały Rohan miał podwójny kciuk, to duży też ma i jest niemożliwością, żeby nikt go nie rozpoznał (nie chodzi w rękawiczkach); w końcu taka „anomalia” nie zdarza się często jak sądzę;
– jeśli mały Rohan nie miał podwójnego kciuka, to starszy Rohan go ma, więc nie może być Rohanem.
– Hehe.

– Kończąc temat Hrithika – aktorem jest kiepskim. No, ale pocieszenia dla niego mam dwa:
– z wiekiem gra lepiej i w następnych filmach już nie było tak strasznie;
– przy Kareenie każdy jest De Niro.

– Świetna muzyka. To chyba kwestia osłuchania się z bollywoodzkimi kawałkami, bo pamiętam, gdy jakiś czas temu słuchałem jej bez filmu i nie podobała mi się w ogóle. A teraz uważam, że każdy kawałek jest świetny. Chyba trzeba po prostu nauczyć się znajdować melodię w ichnich piosenkach.

– Z łzawymi scenami przesadzili zdecydowanie. Film był wzruszający sam z siebie, ale kolejne dziesięć minut łkającego Szakruka to już lekka przesada. Naprawdę i bez tego było wzruszająco, przysięgam. A tak, to po pięciu minutach łkania zaczynało być zabawnie niestety. Film trwa trzy i pół godziny, więc krzywda by mu się nie stała, gdyby go skrócić o piętnaście minut łkania. Szczególnie o scenę na ławce z żegnającymi się braćmi. Brrrrr.

A tak w ogóle to fajny film. Ja tam się już przyzwyczaiłem do Bollywood, więc mnie tak bardzo nie razi jego naiwność (na szczęście nie przez cały czas), specyficzne aktorstwo i śpiewanie co 20 minut (hehe, jest taka scena w „Czasem…” gdy rodzice mówią Rahulowi, że jest adoptowany; znaczy słyszymy z offu opowieść o tym i oglądamy migawki z przeszłości; akurat nic nie śpiewali, ale nie mogłem się powstrzymać i ja zaśpiewałem improwizując do podkładu muzycznego „drogi synu, chcemy ci powiedzieć, że jesteś adoptowany, teraz będziesz wiedzieć”) więc pewnie miałem łatwiej. Nie jestem w stanie ocenić, jak zareagowałby na ten film ktoś, dla kogo byłby to pierwszy film z Bollywood. Coś czuję, że puknąłby się w czoło w moją stronę. No, ale to na szczęście nie mój problem. Mnie się film podobał i bez problemu przetrwałem trzy i pół godziny seansu. Rewelacja to nie jest, ale na pewno przyjemność. W końcu nie każdy film może być tak dobry jak „Kabhi Alvida Naa Kehna”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.