„Black Sheep”



„When there’s no more room in hell, sheeps shall walk the earth.”

Henry Oldfield po piętnastu latach wraca na rodzinną farmę. Co prawda nie zamierza zostać tu zbyt długo, ale tak się niefortunnie składa, że odpadki po eksperymentach genetycznych prowadzonych przez jego brata wydostają się z laboratorium i zamieniają stado owiec w krwiożerczą watahę wygłodniałą ludzkiej krwi i wnętrzności. Dla Henry’ego cierpiącego na owcofobię nie jest to specjalnie szczęśliwa wiadomość.

Z pewnością jest coś w nowozelandzkim powietrzu, że od czasu do czasu na światło dzienne wydostają się stamtąd takie filmy jak kiedyś „Martwica mózgu” [„Braindead”] a teraz ta komedyjka gore o prawdopodobnie najspokojniejszych zwierzętach na świecie. Przecież nieprzypadkowo zwykło się mówić, że ktoś jest łagodny jak baranek. Ktoś może tak, ale z pewnością nie kudłaci bohaterowie filmu Jonathana Kinga, którzy sieją popłoch wśród napotkanych na swojej drodze ludzi. Doprawdy, było w historii kina wiele filmów o krwiożerczych istotach (pszczoły, żaby, kleszcze, mrówki itd.), ale krwiożerczych owiec jeszcze chyba nie było. Tak samo jak nie było jeszcze raczej w żadnym filmie sceny, bądź co bądź, gwałtu dokonanego przez barana. A tutaj jest.

Szkoda tylko, że film nie zdołał wznieść się poza ten naprawdę bardzo fajny pomysł z zabójczymi owcami. Starcza go, co najwyżej, na pół filmu a potem przydałby się jakiś następny kop, żeby dodać filmowi rozpędu. Bez tego kopa od połowy nie jest już tak fajnie, a absurd sytuacji, który był przez pierwszą połowę mocną stroną filmu robi się zupełnie obojętny i nie bawią już krwawo hasające owieczki. I o ile zwykłe owce rozgryzające tętnice szyjne były zabawne, to pojawiające się potem mutanty są zabawne mniej, ze wskazaniem na wcale. I nie pomaga nawet to, że w drugiej części filmu obejrzeć możemy największą rozpierduchę. A i owszem, jest na co popatrzeć (wywlekane wnętrzności, odgryzane kończyny), ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wszystko to jest takie mechaniczne i bez błysku. Ot jak.. Hopkins w opisywanym tu niedawno „Fracture” – wiadomo, że to dobry aktor, ale nie można opierać swojej roli tylko na podstawowym warsztacie, niezależnie od tego jak wielki on jest. I takie właśnie są tutaj te krwawe efekty specjalne – ich twórcy z pewnością mają talent, ale daleko efektom (hehe) ich pracy do efektów ze wspomnianego wyżej „Braindead”. W filmie Jacksona widz, co trochę, był zaskakiwany szalonymi pomysłami w tym względzie. A tutaj można popatrzeć na banalne wywlekanie flaków. Fajnie zrobione, ale banalne.

Tak czy siak, uwzględniając te minusy, dalej pozostaje całkiem przyzwoity film przy którego oglądaniu można się trochę pośmiać i na który warto popatrzeć, bo w końcu jest to pierwsza taka okazja. A i znajomym zawsze to fajniej poopowiadać, że widziało się film o krwiożerczych owcach niż kolejną polską produkcję o umierającym bohaterze robiącym właśnie rachunek sumienia dla swojego życia. 4(6)

(522)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.