„Anniyan”

„Chciałem się utopić, ale to niezgodne z prawem.”

Wielkimi krokami zbliżają się u nas przedterminowe wybory. W Sejmie się kłócą, w telewizji straszą wyborcze spoty, strach otworzyć lodówkę – ogólnie klimat jest napięty, a politycy zamiast myśleć o zbliżającej się wielkimi krokami klapie EURO2012 kombinują jakby tu zdobyć głosy wyborców. Po obejrzeniu „Anniyan” nie mam wątpliwości – PiS ma Jacka Kurskiego, a PO powinno czym prezej zatrudnić do kręcenia wyborczych spotów niejakiego S. Shankara, który popełnił „Anniyan”. Rząd jest do dupy, premier do kitu, ministrowie ciency, Indie zamiast się rozwijać to podupadają, Singapur był biedny a teraz jest bogaty a my nie potrafimy… ten klimat politycznej agitki żywcem można przenieść na nasze podwórko tylko aktorów bardziej swojskich wybrać. A zresztą, jeśli PO nie skorzysta z mojego pomysłu, to PiS również może sobie zatrudnić pana Shankara. Przyrządzasz wszawe posiłki? Usmażę cię na patelni. Nie pomogłeś bliźniemu swemu? Stratują cię bawoły. Robisz napisy do filmów? Zatłuką cię na śmierć słownikiem. Byłeś odpowiedzialny za przeciek w Aferze Starachowickiej? Utopią cię w gliniance w samych gaciach… Taaak, S. Shankar znalazłby się teraz u nas w Polsce jak znalazł.

Bohaterem „Anniyan” jest Ambi (Vikram) (BTW przepisuję tępo jak leci, starałem się na szybko pojąć różnicę między tolly a kolly i między tamil a telugu, ale nie ogarnąłem – na zapamiętanie kto jest kim brakło mi odwagi; jednocześnie pragnę zauważyć, że co prawda pomyliłem Mahesha z Vikramem, ale ani jednego ani drugiego nigdy nie widziałem – na podstawie różnych postów na forach wyobraziłem sobie Mahesha, czytając hurtem IMDb zapamiętałem nie wiem czemu, że w „Anniyan” gra Mahesh no i właśnie stąd moja pomyłka i zdziwienie, bo inaczej go sobie wyobrażałem – nie krzyczeć więc, kurde, na mnie! to nie takie proste się połapać w tym wszystkim!). Zdjęcie Ambiego jak się domyślam figuruje w kollywoodzkiej encyklopedii pod hasłem „upierdliwy”. Ambi jest strasznie zasadniczym człowiekiem – przestrzega zasad i wkurza go, kiedy inni nie robią tak samo. Niezależnie od tego jak błahą zasadę ktoś łamie, Ambiego trafia szlag i poci się i płacze z wrażenia. No, ale pewnego dnia trafia na tajemniczą stronę www.anniyan.com na której wystarczy wpisać dane osobowe delikwenta, który przekroczył ciągłą linię na drodze (też sobie możecie na nią wejść; właśnie obczajam czy mogę zgłosić na niej sąsiada, który mi wylał szambo do studni…) a następnego dnia rozjedzie go skuter śnieżny. W ten sposób poznajemy tytułowego Anniyana, anioła sprawiedliwości, któremu na sercu leży rozwój i dobrobyt Indii w myśl zasady: „nie pytaj co kraj może zrobić, żeby posprzątać Delhi, ale co możesz zrobić ty, żeby Delhi nie zaśmiecić”.

„Anniyan” to moja pierwsza konfrontacja z kinem kollywoodzkim (dobrze?). Do tej pory na rozkładzie miałem tylko kilka Bollywoodów, więc nadszedł najwyższy czas, żeby popodróżować sobie po Indiach. I trzeba przyznać, że nie była to podróż niemiła. A wręcz przeciwnie, całkiem sympatyczna. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie rzucam w diabły Hollywoodu, nie zakładam dupatty i nie zaczynam pląsać w rytm sitara z maczetą w łapie (zaraz się pewnie okaże, że maczety to Tollywood, bo bądź co bądź żadnej w „Anniyanie” nie widziałem). Ot po prostu mówię, że film był spoko i tyle. Każdy film, który trwa trzy godziny i który oglada się bez znużenia jest spoko, niezależnie kto go nakręcił. Wyznawcą indyjskiego kina jednak nie zostanę, bo mimo całej jego sympatyczności dostrzegam też jego wady, które za chiny nie pozwalają mi pisać, że Kollywood i Indie w ogóle zbawią filmowy świat (pomijam to, że nadal uważam, iż na sto nakręconych tam filmów może z pięć jest oglądalnych dla normalnego widza). Ot, do pewnych konwencji trzeba się przyzwyczaić i tyle. Już można z przyjemnością zasiąść do oglądania kolejny trzygodzinnych maratonów.

Zamotałem trochę, więc napiszę po prostu, że „Anniyan” to dobry film. Trudno jest mi oceniać jakie wrażenie zrobiłby na kimś, kto pierwszy raz zderza się z hinduskim kinem, ale dla mnie, któremu nie straszne pląsy w sari i egzotyczne widoki w każdym kadrze jest to dobry film i już. „Anniyan” to takie pomieszanie z poplątaniem. Zresztą wystarczy wziąć pod uwagę to, że Vikram pojawia się tutaj aż w trzech rolach – jest więc nieśmiały i zasadniczy Ambi, który od lat kocha się w dziewczynie, ale nie potrafi jej tego powiedzieć, jest Anniyan, który ochrypłym głosem rzuca dwa zdania zanim kogoś zabije, no i jest jeszcze Remo, złotowłosy model, który co tu dużo nie gadać jest zwykłym dupkiem (tak, wiem, mocno to subiektywne odczucie hehe). I tak samo cały film – kochają się, śpiewają, zabijają, pląsają na polu tulipanów, żeby za chwilę naparzać się w szkole sztuk walki (matrixowe efekty w biednym wydaniu rulez; zresztą, trzeba mieć szacunek do kogoś, kto potrafi takie flo-mo zrobić prawdopodobnie przy pomocy kłębka sznurka jedynie; choć powiadają, że 120 kamer jednocześnie to kręciło… hmm, może w komórach) itd. A wszystko to zaledwie w trzy godzinki hihi.

A mnie osobiście najbardziej podobało się w „Anniyan” to że był zabawny. Trochę się pośmiałem i to zapamiętam lepiej od matrixowych naparzanek z adeptami kung fu. Owszem, humor momentami był to durnowaty, ale co tam. Na pewno to lepsze od „żartów” w amerykańskich młodzieżowych komediach. A i sam film wzbudził we mnie emocje, bo Ambiego to bym gołymi rękami udusił tak mi na nerwy działał. I choć trzeba przyznać, że Vikram się postarał, żeby odegrać te trzy różne role, to żadne z jego wcieleń nie przypadło mi całkowicie do gustu. Najlepszy był na końcu i w związku z tym uważam, że zakończenie było do kitu. Raz, że za bardzo spodziewane, a dwa że zupełnie niepotrzebne.

Jesli bym miał oceniać po tylko tym jednym filmie, to póki co chyba wolę Bollywood, ale jeszcze się zastanowię. Zresztą specjalnie wielkiej różnicy nie widzę. I to i to wymaga specyficznego podejścia do oglądania, bo tak z marszu to może być trudno. A co do „Anniyana” to 4+(6) dam i wyrzutów sumienia z tego powodu mieć nie będę. EDIT: Nie no, cąły dzień myślę i wychodzi mi na to, że 4+ to za dużo. A 4 za mało. Więc co? 4.25? Chyba w ogóle przestanę oceniać inyjskie filmy inaczej niż: gópi, takise, fajny.

Na koniec jeszcze mały apel do tłumaczy hinduskiego kina: Luuudzieee, wywalajcie w cholerę te dopiski w nawiasach, bo całkowicie psują atmosferę filmu i są niepotrzebne do niczego. Jesli chcecie zarazić więcej osób tym kinem, to nie tędy droga. Dopiski w nawiasach były sto razy bardziej irytujące niż Ambi pomnożony przez trzy.
(524)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.