„Lost in Time” [„Mong bat liu”]

Kiedy w wypadku samochodowym ginie Ah Man, jego narzeczona Siu Wai postanawia za wszelką cenę zaopiekować się synkiem Ah Mana. Przeciwko dziewczynie są praktycznie wszyscy, ale ona nie poddaje się i choć jest coraz gorzej to ona wciąż ma nadzieję na to, że wkrótce wyjdzie na prostą.

Jakiś czas temu wygłosiłem na filmowej grupie dyskusyjnej teorię według której kino z Hongkongu zapadło w zimowy sen i wraz z wyjechaniem na Zachód reżyserów, którzy nadawali rytm widowiskom sensacyjnym zaczęła się era mizerii dla tamtejszej kinematografii przerywana od czasu do czasu widowiskami z fruwającego gatunku wuxia. Dookoła rosły w siłę prężne azjatyckie kinematografie „wydając” z siebie coraz to nowe hity, które podbijały świat, a w Hongkongu raz na parę lat pojawił się jakiś „Infernal Affairs” a oprócz tego nie działo się nic godnego uwagi. W odpowiedzi na swoje uwagi dostałem dwa tytuły: „World Without Thieves” i „Lost in Time”. „Obejrzyj i pogadamy”. No i w końcu udało mi się obejrzeć obydwa a swojego zdania nie zmieniłem. Tyle, że o ile „World Without Thieves” mnie nie zachwycił, to w przypadku „Lost in Time” było zupełnie odwrotnie. Tyle tylko, że jeden film wiosny nie czyni, nawet taki film.

I za to kocham azjatyckie kino. No może jeszcze oczywiście za dawnego Johna Woo. Nie za porąbane pomysły Takashiego Miike i nie za panny z długimi włosami, które wychodzą nie wiadomo skąd i skrzeczą, tylko właśnie za takie spokojne filmy, których nasi filmowcy nie nakręciliby nawet i za sto lat. Dlaczego nie? Nie mam pojęcia, bo w gruncie rzeczy „Lost in Time” to bardzo prosty i nieskomplikowany film. No, ale może właśnie w tym tkwi jego siła, bo dobre widowisko za dwieście milionów dolarów to każdy nakręci, a dobry prosty film o czymś zwyczajnym, o czym było już masę filmów, to nie takie hop siup.

No i co? No i nic. Trzeba siąść i zobaczyć jeszcze raz zamiast tracić czas na pisanie o filmie. Bo cóż tu wielkiego wymyślić poza zachęceniem na upolowanie sobie tego filmu, który zapewniam że warto zobaczyć. Bo jest ładny, bo jest wzruszający, bo główna bohaterka jest śliczna, bo można się poryczeć, bo jest pięknie sfotografowany, spokojny kiedy trzeba, dynamiczny kiedy trzeba, nienapuszony… Ot taki o zwyczajnym życiu. 6(6). Najlepszy film jaki widziałem ostatnimi czasy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl