„Wzgórza mają oczy 2” [„The Hills Have Eyes 2”]

Grupa rekrutów z Gwardii Narodowej wyrusza na pustynię w Nowym Meksyku w okolice miejsca, w którym jakiś czas temu połowa przejeżdżającej tamtędy rodziny została zabita w przerażających okoliczności. Na miejscu zastają opuszczony obóz naukowców, którzy przybyli tam kilka dni wcześniej. Na domiar złego mają wrażenie, że ktoś ich obserwuje.

Szybko poszło. Nie trzeba było długo czekać i już pojawił się sequel zeszłorocznego remake’u (hehe, brat szwagra ojca od strony ciotki). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro pierwsza część dość, że nie była zła, to jeszcze swoje zarobiła. Nie dziwi też szybkość powstania dwójki, bo i jej scenariusz sprawia wrażenie napisanego w trzy dni. Choć oczywiście polegało to zapewne na wpisaniu w szablon kilku dialogów i całość była gotowa. Ja tam jestem przekonany, że takie sztywne szablony istnieją – coś na zasadzie kolorowanek, w których trzeba uważać, żeby nie wyjść poza linię i obrazek będzie gotowy.

Są sytuacje, nie przeczę, w których napisany na kolanie scenariusz nie przeszkadza. Bądź co bądź jest wiele filmów, któe trafiają w gust widza tylko dlatego, bo fajnie się je ogląda i pokazują ekscytujące wydarzenia (przy czym dla jednego ekscytujące będą filozoficzne rozważania biednego skrzypka, a dla drugiego głowy odrywane w ilości hurtowej przez pterodaktyla, wiadomo: de gustibus cośtam cośtam). Rzecz w tym, ze „Wzgórza… 2” nie są takim filmem.

Nie ma tu nic ciekawego poza jedną sceną, która dla odmiany wg mojego gustu jest bardzo fajna (o niej potem). Cała reszta jest sztampowa i niegodna uwagi nawet najmniej wymagającego widza. A że dodatkowo w drugiej połowie filmu biegają po jaskiniach to niewiele widać. Żeby to wszystko choć dynamiczne było i wyzwalające adrenalinę, ale niestety. Dodatkowym minusem są max irytujące postaci. Gdyby nie mundury, w które są ubrane, to można by pomyśleć, że na pustynię wysłany został oddział dzieciaków, którzy nie dość, że kłócą się sami ze sobą to jeszcze mają problemy ze słuchaniem rozkazów. Wśród tej nijakiej masy, która spokojnie może poginąć bez jakiejkolwiek żałości ze strony widza, wybija się jedynie sepleniący… radiotelegrafista!

Film Martina Weisza zmusił mnie jednak do refleksji, a jakże. Do tej pory zastanawiam się dlaczego amerykańscy żołnierze załatwiają się nie zdejmując majtek. Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty to przy nich pikuś.

3-(6). Ocena nie zaczyna się od 2 tylko i wyłącznie dzięki świetnej scenie z ręką. No i też trochę dlatego, że od oryginalnej dwójki, nowa dwójka jest lepsza. No, ale o to naprawdę nie było trudno.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl