„The History Boys”

Wielka Brytania, początek lat 80. Grupa najlepszych uczniów z zupełnie standardowego liceum ze standardowego miasteczka, o którym świat zapomniał, zaczyna przygotowania do egzaminów na Oxford i Cambridge. W dostaniu się na te studia ma pomóc im nowy nauczyciel, który dopiero co ukończył studia na jednej z tych renomowanych uczelni.

No i znowu. Znowu przyszło mi stanąć na przekór tych wszystkich zachwyconych recenzji, które przeczytałem. Czym się ci biedni ludzie zachwycają, nie wiem. Tak samo jak nie wiem skąd się wzięły te wszystkie nagrody dla filmu Hytnera. No, ale ja się nie znam.

„The History Boys” to taka brytyjska wersja „Dead Poets Society”, któremu to filmowi niestety raczej nie dorasta do pięt. Jak widać po przykładzie filmu z Williamsem nie mam nic przeciwko takim filmom jak tu wspomniane dwa, więc to na pewno nie moja niechęć do gatunku była kluczowa w tym, że film Nicholasa Hytnera specjalisty od scenicznych przedstawień (THB jest zresztą ekranizacją obsypanej wieloma nagrodami sztuki Alana Bennetta), nie przypadł mi do gustu.

Ja tego nie kupuję. Nagle w podrzędnym liceum trafia się pokolenie geniuszów, którzy biją zwykłego szarego ucznia na głowę i przez dwie godziny rzucają mądrościami na prawo i na lewo dyskutując z równie błyskotliwą kadrą nauczycielską o poezji, muzyce, kinie, historii i o wszystkim innym. Kupiłbym, gdyby trafił się jeden zdolny chłopak, ale cała banda? I to chłopaków wcale nie tylko trochę bardziej przykładających się do nauki, ale iście chodzących geniuszy. Pac, śpiewają rzewne piosenki i akompaniują sobie na fortepianie, pac, przechodzą na płynny francuski, pac, słyszą dwa słowa i już wiedzą z jakiego wiersza to cytat, pac, mądrzą się na temat Holocaustu, choć w ich żyłach płynie krew przodków, którym na łeb spadały V-1 i szkopskie messerschitdy i trzeba im było dupę ratować. Nie, zdecydowanie tego nie kupuję. Cała zgraja chłopaków, którzy zamiast „idę do ubikacji” mówią „podążam krętą ściężką wyłożoną terakotą myśli w celu dokonania przymierza z naturą, która mnie wzywa”. Po pół godzinie filmu ciężko już słuchać tych intelektualnych gadek, a potem do kanonu rozmów wchodzi wszechobecny klimat homoseksualny. I tak przez cały film.

Brakuje też w „The History Boys” jakiejkolwiek intrgyi, czegoś, co pozwalałoby widzowi czekać na coś nieoczekiwanego. Ale nie, oni po prostu się uczą, zdają egzamin i koniec filmu (upraszczam, bo końcówka w rzeczy samej jest bardzo dobra). Żadnych przeszkód na tej drodze, nic. Czekałem aż któryś zacznie grać w kapeli punkowej albo co, ale nie. Jedyną przeszkodą, jaką mogli napotkać na swojej drodze był ewentualny fakt, że 24/7 nauki mogło nie wystarczyć do dostania się na upragnioną uczelnię. I tyle. Żeby choć któryś próbował się zabić z nieszczęśliwej miłości, ale nie. Analizuje się tu co najwyżej w towarzystwie obleśnego pedała nauczyciela jeden wierszyk i już zycie jest na nowo szczęśliwe.

No właśnie, obleśny pedał. Czy reżyser łudził się, że wzruszę się „wzruszającymi” scenami związanymi z tą postacią? Ten jego płacz, spacer pustym korytarzem itd. I co? Miałem płakać w związku z tym? Bez przesady, bez przesady. Nie pomogło nawet wmawianie mi, że nikomu nie przeszkadzały ordynarne umizgi pana nauczyciela zakończone konkluzją, że i tak większość chłopaków w grupie to homoseksualiści. Bardzo to wiarygodne, rzeczywiście. Staje mi przed oczami obraz mojego standardowego liceum w standardowym miasteczku i jakoś nie wyobrażam sobie, że nagle pojawia się w nim całe pokolenie geniuszy-homoseksualistów. A w Sheffield się pojawiło. Całe pokolenia nauczycieli na nie czekały i w końcu się doczekały. Co oczywiście okrasili zylionem inteligentnych gadek z uzyciem słów „aczkolwiek” i „bynajmniej”.

Do tego wszystkiego dodać należy kiepską grę większości aktorów (dyrektor szkoły bije rekordy nieudolności) i niezdecydowanie reżysera w podjęciu decyzji czy chce kręcić film fabularny czy dokumentalny (dopiero po paru minutach się zdecydował i przestał serwować iście dokumentalne ujęcia). Wiarygodność filmu oceniam na 0 i fakt ten całkowicie przysłonił mi, uczciwie trzeba przyznać, błyskotliwe momentami dialogi.

Ja straciłem dwie godziny na seans, Wy róbcie co chcecie. 3(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.