„Rok 2012” (9)

W poprzednich odcinkach.

Do brzasku pozostawało jeszcze sporo czasu, gdy helikopter wystartował z okolic Rembertowa i obrał kierunek południowo wschodni. Wysokość na której lecieli powodowała że tylko wzrokowo można było ich wykryć, a i to było utrudnione z powodu panującej ciemności.
– Pamiętajcie żołnierze! Cel ma zostać dostarczony nietknięty. Wchodzimy, eliminujemy wrogów, ratujemy kupry Francuzom i znikamy. Jakieś kurka pytania!?!
– Może kapitan jeszcze raz powtórzyć, czemu ich ratujemy? Przecież, motyla noga, połowa z nich to Arabowie, a druga połowa to ateiści?
– Ech – westchnął kapitan głośno. – Poruczniku Witkowski, wytłumaczcie mu, bo ja już nie mam na to siły – dodał, po czym udał się do pilota, zostawiając porucznika samego.
Dla porucznika Pawła Witkowskiego to miała być ostatnia misja przed emeryturą. Wszyscy jego koledzy z dawnego oddziału już dawno odeszli z GROM-u, i ze „starych chłopców” pozostał tylko on. Wielokrotnie namawiali go na odejście, ale nadal ciągnęło go do akcji, choć po ostatnich zmianach w jednostce, coraz mniej mu się podobało. I nie przeszkadzało mu to że przed każdą misją modlono się, albo że obok nieśmiertelnika miał wisieć na szyi krzyżyk – chodziło raczej o atmosferę. Teraz wraz z grupą „młodych” którzy pojawili się w GROM-ie po 2006. roku leciał na misję odbicia Francuzów z rąk ukraińskich bojowników. Fakt, że był najstarszy wiekowo wcale mu nie pomagał i nie wzmacniał jego autorytetu. Wszyscy na niego patrzyli dziwnie, jakby był jakiś gorszy, czy coś.
– Czego, kurwa, nie rozumiecie sierżancie! Lecimy bo taki mamy rozkaz, a waszym zasranym obowiązkiem jest wiernie służyć ojczyźnie i wypełniać rozkazy! Zrozumiano! – Ta wypowiedź wprowadziła słuchających go żołnierzy w lekką konsternację z której najszybciej otrząsnął się starszy szeregowy Zawadzki. Poszedł do kapitana, wyprężył się jak struna po czym ryknął.
– Panie kapitanie, melduję posłusznie, że porucznik Witkowski użył słowa na „k” oznaczającego kobietę lekkich obyczajów oraz słowa na „s” oznaczającego czynność fizjologiczną.  Zgodnie z nowym kodeksem postępowania żołnierskiego, składam wniosek o postawienie porucznika Witkowskiego przed sądem wojskowym.
– Dobrze zrobiliście starszy szeregowy Zawadzki. Opinia waszego proboszcza, którą o was przeczytałem była bardzo dobra i wróżę wam szybką karierę. A z wami poruczniku Witkowski, rozprawimy się po misji, a teraz wszyscy siadać na swoich miejscach. Niedługo będziemy na miejscu.
Paweł, trochę wystraszony konsekwencjami usiadł na swoim miejscu. Zmartwiło go, jak to może wpłynąć na jego przyszłość. Jeśli go zdegradują to nici z wysokiej emerytury. Gdyby nie ta nagonka na prof. Miodka, który niby miał współpracować z SB, potem jego samobójstwo, oskarżenia prof. Bralczyka, a w końcu rozpad całej Rady Języka Polskiego i powołanie nowej Rady Polskiej Mowy pod honorowym patronatem Lecha Kaczyńskiego aż w reszcie nowa ustawa wprowadzone z okazji Euro 2012 o mowie polskiej, zabraniająca przeklinania, nie byłoby tej sytuacji. A on głupi zapomniał. – A wszystko przez te głupie mohery i to ich przeklęte radio – podenerwowany Witkowski nawet nie zauważył kiedy zaczął wymawiać na głos to co myśli.
Siedzący obok sierżant, aż się zagotował słysząc te słowa i już miał zamiar zgłosić je kapitanowi, ale okazało się to niepotrzebne, bo ten ostatni jakoś zdołał usłyszeć słowa Witkowskiego poprzez warkot helikoptera. Stanął naprzeciwko niego z wymierzoną w jego skroń bronią.
– Rozbroić eks porucznika Witkowskiego – zakomenderował kapitan, po czym dodał: – Wcześniej miałem, cholibka, zamiar panu odpuścić, wiedząc że przechodzi pan na emeryturę, ale teraz, kurczę, pan przesadził. Niech to dotrze do pana wiadomości, że moja mama nosi moherowy beret.
Za Kapitanem dobiegły pomruki reszty oddziału, którzy także przyznawali się do tego samego.
– Poza tym nigdy nie słuchałem innego radia, niż jedynego właściwego radia Ojca Dyrektora. Do końca lotu zostanie pan pod strażą, a podczas misji pójdzie pan z nami – skończył kapitan.

***

– Jestem – odparł Jean-Claude. – Jestem i słyszałem.
– Jak myślicie, co z nami zrobią? – Spytał inny głos.
– Nie mam pojęcia – odpowiedział zgodnie z prawdą Jean-Claude. – Myślicie że nas tu w ogóle znajdą?
– Cicho! – Powiedział grobowy głos. – Słyszę coś.
– Ja też – potwierdził Jean Claude. – Coś jakby wystrzały
– Oui i chyba te strzały są coraz głośniejsze.
Strzały rzeczywiście stawały się coraz głośniejsze. Ostra wymiana ognia trwała przez dłuższą chwilę. Wszyscy zgromadzeni na sali Francuzi siedzieli cicho. Czasem dało się słyszeć cichą modlitwę do Allacha, któregoś z graczy arabskiego pochodzenia. Nagle strzały ustały. Za jedynymi drzwiami które prowadziły do sali dało się słyszeć jakieś szmery. Po chwili z głośnym hukiem drzwi praktycznie w całości wpadły do środka pokoju. Do środka weszli wybawcy…

***

Oddział spenetrował już pierwsze dwa piętra zajmowanego przez Ukraińską Armię Powstańczą hotelu. Zgodnie z danymi wywiadu, porwani mieli znajdować się na trzecim piętrze hotelu w Żytomierzu. Wrogowie stawiali mniejszy opór niż się tego spodziewano, ale doskonałe wyszkolenie żołnierzy GROM-u dawało efekty. Dopiero na schodach prowadzących na trzecie piętro spotkano się z silniejszym oporem, ale i z tym sobie poradzono. Do sprawdzenia pozostał jeszcze tylko jeden pokój, w którym zgodnie z danymi oddziału rozpoznania taktycznego mieli znajdować się przetrzymywani. Żołnierze ustawili się w formacji. Kapitan jako jedyny mówiący po francusku postanowił osobiście poprowadzić ostatni atak.
Żołnierz ze strzelbą stanął koło drzwi, przystawił lufę do zamka i strzelił rozwalając przy okazji połowę drzwi, a drugą połowę wbijając do środka, tak że bez trudu można było wejść.

***

Jean Claude pierwszy zauważył że to nie są wybawcy, których oczekiwali. Mundury które nosili wyglądały jakby od momentu założenia ich przez stojące w drzwiach postacie, nie były nigdy prane. Zapach potwierdzał to podejrzenie. W rękach trzymali karabiny Kałasznikowa. Na przód wyszedł jeden z nich i łamaną angielszczyzną powiedział.
– Wy się nie bać. My przyszliśmy wam pomóc.
– Ale co chcecie z nami zrobić?  – Zapytał Jean Claude
– My was zabrać w bezpieczne miejsce. – Odwrócił się do swoich i zaczął wydawać rozkazy. Nie minęło dużo czasu, a wszyscy Francuzi byli oswobodzeni. Jedyne co martwiło Jean-Claude’a to dziwny język, nawet dziwniejszy niż ten który słyszał poprzednio w radio oraz ciągłe okrzyki „haraszo”, oraz słowa „Rasija” i „Putin”. Jean Claude nie mógł sobie przypomnieć gdzie już słyszał kiedyś to słowo.

***

Żołnierze wparowali do środka, ale jedyne co zobaczyli to kilku mężczyzn, którzy skuci kajdankami leżeli na łóżkach. Nie wyglądali na piłkarzy. Kapitan widząc że sytuacja jest opanowana powiedział dosyć łamaną francuszczyzną:
– Nie bać się. My was wolność.
Jeden z więźniów spojrzał w jegokierunku iodpowiedział jak najbardziej poprawną polszczyzną, choć nieco seplenił:
– No najwyższy czas. Wiecie ile nas tu trzymają? Już półtora roku nas przetrzymują!
– Ale? Co? Gdzie Francuzi? I kim wy motyla noga jesteście? – To było jedyne, co zdołał z siebie wykrztusić kompletnie zdębiały kapitan.
– Jacy Francuzi? A mówicie o tych porwanych? Ponoć nie mogli ich zmieścić w tym hotelu, więc zabrali ich tam, gdzie nas przedtem przetrzymywano. A my jesteśmy grupą parlamentarzystów z Polski i domagamy się zabrania nas do kraju.
– Yyy kim? – Spytał kompletnie już ogłupiały kapitan
– Ja się nazywam Tusk. Mówi to coś panu?
– Yyy nie.
Słysząc te słowa na przód wyrwał się starszy szeregowy Zawadzki, stanął przed kapitanem i rzekł:
– Ja wiem kto to jest. To jest ten, co miał dziadka w Wehrmachcie.
Słowa Zawadzkiego wyrwały ze stanu ogłupienia kapitana, który zareagował dość porywczo. Szybkim ruchem wyciągnął pistolet z kabury i przystawił do głowy Tuska.
– Giń kolaboranckie nasienie – Powiedział kapitan, ale w ostatniej chwili ktoś poderwał jego broń tak że trafił jedynie w ścianę. – Czemu to zrobiliście eks starszy szeregowy, obecnie szeregowy Zawadzki?
– Kapitanie, nie rozumie pan. Jeśli go zabijemy to wrócimy do kraju z niczym i to na nas spadnie wina. Nie ma dość czasu aby znaleźć ten drugi hotel i odbić Francuzów, a to, co tu mamy to doskonała zdobycz.
– Mówcie dalej starszy szeregowy, a może nawet kapralu Zawadzki.
– A więc tak. Rok temu Platforma Obywatelska została zdelegalizowana. Półtora roku temu przywódca PO zniknął, dzięki czemu właśnie udało się zdelegalizować ich partię. Jeśli dostarczymy go żywego do Polski, to będziemy bohaterami i w niepamięć pójdzie fakt, że nie odbiliśmy Franzuzów.
Po czym dodał szeptem na ucho kapitana:
– Może pan jeszcze w raporcie napisać że wspomagali opozycję walczącą z legalną władzą kijowską, dzięki czemu sądy na pewno skażą ich na karę śmierci.
KoniAK

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.