„Rok 2012” (7)

W poprzednich odcinkach.

Zabrzęczał dzwonek telefonu. Nie zdziwiło go to, choć fluorescencyjne wskazówki wiszącego na ścianie zegara wskazywały kilka minut po trzeciej nad ranem. Podniósł do góry ciemne okulary, których nie zdejmował nawet w nocy i potarł nasadę nosa. Był zmęczony, ale nauczył się kochać to uczucie. Nie miał innego wyjścia. Jego obowiązkiem było bycie czujnym. Do tego był stworzony. Sypiał nie dłużej niż trzy, cztery godziny na dobę nie licząc krótkich regeneracyjnych drzemek, które zdarzały mu się niezwykle rzadko. Ciągle w ruchu, ciągle pod telefonem, ciągle gotowy do wykonania przeróżnych zadań. Lubił to i nie przyszło mu na myśl, żeby na to narzekać.
Podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha. Po drugiej stronie usłyszał znajomy głos.
– Macie zielone światło. Możecie przystąpić do działania.
– Jakieś zmiany w planie?
– Żadnych. Ma wyglądać na przypadek.

***

Karl-Heinz podniósł leżącą na składanym stoliku ulotkę. Nie rozumiał ani słowa, ale zafascynował go ten wysoki mężczyzna na zdjęciu, który by pogłaskać stojącą przed nim dziewczynkę musiał się schylić. Jedynie słowo „reforma” wydało mu się znajome. Widział tego mężczyznę parę razy w telewizji, ale nie interesował się tym w ogóle. Poza tym nigdy nie był fanem „Rodziny Addamsów”. Odłożył ulotkę na swoje miejce i spojrzał w okno pociągu na przesuwający się za nim dość monotonny krajobraz. Zielone pola, kościół, trawiaste pagórki, kościół, las, kościół.
Widok krzyży na strzelistych dachach przypominał mu obóz przygotowawczy w bawarskim miasteczku. Zamknięci z kolegami z drużyny ćwiczyli pełną parą poznając nie tylko przeciwników, ale również ich mentalność i zwyczaje. W regulaminie Mistrzostw Europy nie było ani jednego paragrafu, który nakazywałby zawodnikom wyznawanie jednej, konkretnej religii, ale tajemnicą poliszynela było, że gospodarze mistrzostw z niechęcią patrzyli na innowierców oraz ateistów. Szczególnie tych drugich nie brakowało w niemieckiej kadrze, więc jej szefostwo postanowiło przeprowadzić serię kursów wprowadzających do pobieżnego poznania religii chrześcijańskiej. Karl-Heinz najlepszy był w przekazywaniu znaku pokoju, natomiast nieustanne kłopoty sprawiało mu żegnanie się. Bóg Ojciec mylił mu się z Duchem Świętym a Wschód z Zachodem.
Karl-Heinz potrząsnął głową i rozwiał wspomnienia tych zajęć prowadzonych przez ojca Krzysztofa, który swoim sposobem bycia i dobrocią urzekł obcokrajowców. Szanowali tego skromnego przybysza z Polski, który z jednej strony kochał swojego Boga, ale potrafił dostrzec ironię i absurd całej sytuacji. „Nie można nikogo zmusić do miłości” – zwykł powtarzać swoim słuchaczom, a oni się z tym zgadzali. Dzięki temu dobrze im się współpracowało, a na koniec kursu Martin i Johann ze szczerym sercem przystąpili do ceremonii chrztu świętego.
Martin i Johann. Podobnie jak dwunastu innych chłopaków dołączyli do kadry w końcowej fazie przygotowań, gdy było już jasne, że nikt nie cofnie uchwalonej przez kongres UEFA weryfikacji graczy przystępujących do mistrzostw. Piłkarze, których członkowie rodziny należeli przed grubo ponad pół wiekiem do faszystowskich organizacji trzeba było się pozbyć z kadry i nie było odwołania od tej decyzji. Zamiast rozpaczać z tego powodu, Niemiecki Związek Piłki Nożnej skupił się nad rozwiązaniem problemu niedoboru graczy nadających się na nadchodzącą imprezę. Postanowiono, że kadra zostanie oparta na piłkarzach pochodzących z domów dziecka. Ich przeszłość była niemożliwa do zweryfikowania przez co dawali gwarancję dopuszczenia do mistrzostw. Martin i Johann przyjechali razem z Domu Dziecka w Kolonii i stanowili o sile rażenia niemieckiego ataku. Posiadali duże umiejętności, ale obaj mieli zaledwie po szesnaście lat. Połowa kadry nie skończyła osiemnastu lat. Karl-Heinz był najstarszym zawodnikiem niemieckiej drużyny, choć miał zaledwie dwadzieścia pięć lat. Pełnił też funkcję kapitana zespołu.
Zauważył, że siedząca po drugiej stronie przedziału masażystka ekipy, Helga, uśmiecha się do niego spod blond warkoczy i odwzajemnił uśmiech. Wiedział dobrze, że kochała się w nim, a i ona nie była mu obojętna. Próbował sobie wmówić, że ciemny zarys wąsika nad jej górną wargą jest całkowicie odrzucający, ale nie potrafił. Wręcz przeciwnie, kręcił go nie mniej niż jej muskularne ramiona i uda, których obwód zawstydził kilka lat temu samego Roberto Carlosa.
Wtem pociąg nagle i bez ostrzeżenia zachamował a Karl-Heinz poczuł prawie sto kilo żywej wagi przyciskające go do ściany przedziału. Nie wiedział jeszcze, ale rzucona na niego impetem hamowania Helga złamała mu obojczyk.

***

Nie sądził, że Polska zaskoczy go czymś jeszcze, ale każda godzina weryfikowała to przeświadczenie. Tym razem nie było inaczej. Razem z całą drużyną wysiadł z pociągu i przyglądał się jak kierownik drużyny rozmawia z zawiadowcą stacji. W powietrzu roznosiły się dźwięki ludowej muzyki grane przez stojącą na peronie orkiestrę dętą a ładna brunetka w kolorowym stroju i czerwonych botkach stała z wielkim bochnem chleba w dłoniach i najwyraźniej nie wiedziała jak się zachować. Co jakiś czas rzucała pytające spojrzenie w stronę ubranego w garnitur w prążki mężczyzny z sumiastym wąsem a on kiwał głową na nie.
Kierownik skończył rozmowę i podszedł do zawodników.
– Co jest? – Spytał Karl-Heinz, który zaczynał odczuwać niepokojący ból w okolicy obojczyka, ale jeszcze nie spodziewał się najgorszego.
– Tory eksplodowały – odparł niespokojnie kierownik.
– Jak to?!?! – Kilka głosów zadało to pytanie. Dało się wyczuć w nich niepokój i strach przed niebezpieczeństwem.
– Normalnie. Był wybuch, nie można jechać dalej.
– Tory same z siebie nie wybuchają – zauważył przysłuchujący się rozmowie Johann. – Przynajmniej nie powinny.
– Dowiedziałem się od zawiadowcy stacji, że oni również są zaskoczeni – poinformował kierownik. – Czysty przypadek, że ciężarówka wioząca nitroglicerynę wybuchła akurat na torach i uszkodziła trakcję. Ciężarówka jechała na plan nowego filmu fabularnego. Z tego, co wiem, to również był nieszczęśliwy przypadek, bo z magazynu pobrano sztuczną nitroglicerynę, która nie powinna wybuchnąć. W końcu to olejek do ciasta. Polacy mówią, że to przypadek.
– Ta orkiestra dęta i panna z chlebem też?
– Akurat byli w okolicy i postanowili zwiedzić dworzec. Tak mówił zawiadowca. Nieważne, chłopaki. Nie pojedziemy dalej i musimy skorzystać z propozycji miejscowych. Z tego, co się dowiedziałem akurat mają wolne miejsca w jednym ośrodku na obrzeżach miasta. Jest tam boisko treningowe, więc być może tutaj zrobimy sobie bazę wypadową na czas mistrzostw. Nie wiadomo kiedy naprawią tory, a lotnisko i kosmodrom są dopiero w stanie surowym, więc jesteśmy unieruchomieni. Poza tym nie mamy czasu do stracenia, musimy wznowić treningi i szlifować formę.
– Masz rację, nie ma co debatować – przytaknął Karl-Heinz. – Bierzemy graty i jedziemy do tego ośrodka. Marzę o prysznicu.
Karl-Heinz skinął głową w kierunku reszty pokaźnej grupki Niemców. Podnieśli swoje bagaże i ruszyli w stronę uśmiechającego się do nich mężczyzny z sumiastym wąsem. Orkiestra dęta zaczęła grać „Deutschland, Deutschland uber alles”, a dziewczyna w ludowym stroju ruszyła w ich stronę uśmiechając się do nich i niosąc dumnie bochen chleba.
Karl-Heinz odwrócił się i kątem oka spojrzał na nazwę stacji.
„Włoszczowa” – przeczytał w myślach, zupełnie przekręcając tę nazwę. – „Nie zapamiętam” – pomyślał czyniąc solą nad chlebem znak krzyża. Nauki ojca Krzysztofa nie poszły w las.
Nikt nie zauważył, że jak zwykle pomylił Wschód z Zachodem.
Quentin

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.