„Rok 2012” (13)

W poprzednich odcinkach

Karl-Heinz otworzył jedno oko i spojrzał na sufit. Otworzył drugie w celu weryfikacji tego, co zobaczył. Rzeczywiście, sufit pokoju, w którym zamieszkał był pękniety a na jego skraju tynk odpadał od ściany przegrywając nierówną walkę z grzybem.
Pac.
Kawałek tynku opadł leniwo prosto na otwarte oko Karl-Heinza. Karl-Heinz zaczął gwałtownie mrugać i pocierać powieki kantem dłoni. Nie był to najlepszy pomysł.
– Scheisse! – Zaklął piłkarz i zarejestrował ruch tuż przy swoim boku. Podniósł się do pozycji półsiedzącej i oparty po części o ścianę a po częsci o poduszkę spojrzał na drugą połowę swojego łóżka. Jego zdziwienie zaakcentowało przeciągłe chrapnięcie. Helga odwróciła się na drugi bok i uśmiechnęła przez sen. Rano jej wąsik wydawał się jeszcze bardziej wyraźny, mimo że po części zasłonięty przez gruby blond warkocz. Karl-Heinz potrząsnął głową i potarł dłonią czoło. Przeszywający ból przeszedł przez jego ciało równie boleśnie, co niespodziewanie.
– Scheisse, scheisse, scheisse! – Klął Niemiec budząc tym samym towarzyszkę swojego snu.
– Co się dzieje, misiu-dziubasku? Zabrałam ci kołdereczkę? – Zapytała niewinnym głosikiem Helga, której odsłonięte nagie uda budziły przerażenie swoją muskulaturą. Karl-Heinz nienawidził tego, że wszystko zdrabniała. W ustach potężnej baby było to nad wyraz surrealistyczne. – No już, misiu-dziubasku. Weź sobie kołdereczkę i przykryj plecuszki, i nóżki, i brzuszek, i ramioneczka, i… – Helga rozmarzyła się i zaczęła go całować po ramionach.
Ciszę pokoju przeszył zatrważający jęk Karl-Heinza, gdy poczuł najpierw łaskotanie jej wąsów na swoim obojczyku, a potem wgryzające się w niego czule zęby Helgi.

*

Nie był to jedyny tego dnia okrzyk przerażenia, jaki wstrząsnął ośrodkiem na obrzeżach Włoszczowej. Około godziny dziesiątej rano, gdy ośrodek budził się do życia, spod prysznicy znajdujących się w jednym ze skrzydeł budynku dobiegł podobny jęk rannego zwierza. Nie zrobił on jednak najmniejszego wrażenia na obsłudze ośrodka. Jak co rano dłubali w nosie i kreślili długopisem wymyślne wzory na krzyżówce w ogólnopolskim Kurierze Włoszczowskim, którego weekendowy dodatek był jedną na najbardziej popularnych publikacji w całym kraju. Kolorowy dodatek, co prawda, nie był już tak rozchwytywany jak w przypadku numeru z dzierganym ręcznie beretem, którego zdjęcie zdobiło rozkładówkę wydania z.5.2010. roku, ale jego nakład wciąż wpędzał w kompleksy US Today, czy Spiegela. Nikt z obsługi nie podniósł wzroku znad gazety nawet wtedy, gdy tuż przed ich nosami stanął półnagi szesnastolatek owinięty w hotelowy ręcznik przypominający fakturą worek na ziemniaki.
– Zimna woda! – Wycedził po niemiecku Johann. – Pod prysznicem jest zimna woda!
Obsługa ośrodka w postaci recepcjonistki, woźnego i hotelowego kapelana spojrzała na siebie leniwym wzrokiem. Żadne z nich nie znało niemieckiego.
– Kocham cię, jak się masz? – Zapytała łamaną angielszczyzną recepcjonistka. Jeszcze rok temu bałaby się przyznać, że zna choćby kilka słów w tym języku, ale po fiasku jakim okazała się rządowa akcja „Cały Świat mówi po polsku”, restrykcje dotyczące używania języków innych niż ojczysty zostały zniesione.
Johann popatrzył na recepcjonistkę zaskoczonym wzrokiem. Przypominał wystraszonego jelonka Bambi, który trafił między wilki. Widać było, że bije się z myślami i niechybnie odwróciłby się na pięcie, gdyby nie to, że zza węgła wyszedł kierownik drużyny Niemiec, pełniący również obowiązki tłumacza.
– Proszę pani – kierownik zwrócił się bezpośrednio do recepcjonistki. – W łazience nie ma ciepłej wody.
Niczym nie zrażona recepcjonistka zaczęła wertować opasłe tomisko leżące na ladzie obok dzwonka. Śliniąc palec przerwacała kolejne strony księgi w poszukiwaniu rozwiązania problemu.
– A miała być? – Zapytała po dwuminutowych poszukiwaniach. Pytanie było tak abstrakcyjne, że kierownik przez chwilę zaniemówił a po chwili doszedł do wniosku, że krzykiem nic nie zdziała. Spróbował więc po dobroci.
– Tak, proszę pani. Miała być.
– A czy jest pan tego pewien? Nie mam tu nic takiego zanotowanego – wskazała palcem leżącą przed nią księgę.
– Nie rozumiem – odparł szczerze kierownik. – Jak to?
– Tak to – odpowiedziała dość uprzejmie recepcjonistka. Każdy wiedział, że nie przebierała w słowach, gdy ją ktoś denerwował i przeszkadzał w czytaniu ulubionej rubryki Kuriera Włoszczowskiego: „Napisz do księdza Józka”. – Każdy gość ośrodka podczas rejestracji w pokoju zobowiązany jest do poinformowania o tym czy życzy sobie ciepłą wodę i ewentualnego zamówienia jej.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”, proszę pana. Księga, rzecz święta.
– A ile bym musiał czekać na ciepłą wodę, gdybym ją teraz zamówił?
– A to zależy – recepcjonistka spojrzała na zegarek. – Właśnie dochodzi godzina jedenasta, czyli koniec pory porannej toalety. Pora toalety wieczornej rozpoczyna się o dziewiętnastej i dopiero wtedy mogą panowie liczyć na ciepłą wodę.
Kierownik wyczuł w jej głosie, że nie warto się sprzeciwiać. Machnął w myślach ręką.
– Dobrze zatem. Chciałbym zamówić ciepłą wodę na wieczór dla całej naszej kadry. – Odwrócił się w stronę Johanna i coś przez chwilę mu tłumaczył. – A póki co pójdziemy na śniadanie – poinformował recepcjonistkę.
– A czy śniadanie było zamówione? – Spytała coraz bardziej rozdrażniona recepcjonistka.

*

Zebranie niemieckiej kadry w świetlicy włoszczowskiego ośrodka w niczym nie przypominało zebrań do których byli przyzwyczajeni przez długie miesiące zgrupowania. Przede wszystkim nad zebranymi w sali piłkarzami, kadrą szkoleniową i działaczami unosił się dość intensywny smrodek całonocnej imprezy i niemożności wykąpania się w cywilizowanych warunkach. Piłkarze bali się, że tuż przez mistrzostwami przeziębią się od zimnej wody, a reszta bała się przeziębić, żeby nie zarazić piłkarzy. W efekcie najzwyczajniej w świecie śmierdzieli.
– Nie no, to naprawdę są mili ludzie, ale stanowczo za dużo piją – stęknął Klaus, pierwszy bramkarz reprezentacji. Wciąż bolała go głowa od wczorajszego powitania we włoszczowskim ratuszu. Potraktowano ich iście po królewsku sadzając w największej okrągłej sali, której ścianę zdobiła „Panorama Racławicka”. Nie wypadało odmówić kielicha, czego efektem była nocna rejestracja w ośrodku ograniczona do potakiwania i bezwładnego rzucenia się do łóżka. I dopiero rano przyszło otrzeźwienie i strach na samą myśl o ukrywających się w każdym kącie wścibskich fotografach z Bilda. Mogli mieć tylko nadzieję, że tutaj ich jeszcze nie było, wszak cała operacja rozlokowania się we Włoszczowej zaskoczyła wszystkich.
– Przetrwajmy jakoś dzisiejszy dzień, jutro wszystko wróci do normy – pocieszał ich kierownik. – Gorzej już być nie może. Brak ciepłej wody, brak śniadania i obiadu, kontuzja Karla-Hainza wykluczająca go z rozgrywek… Wyczerpaliśmy chyba limit naszego pecha na cały rok.
– Przepraszam za spóźnienie – usłyszeli młody głos dochodzący od strony drzwi. Stał w nich Martin.
– Coś taki blady? – Spytał Karl-Heinz, który po wizycie u lekarza kadry miał cały bark owinięty bandażem. Był dla Martina ojcem, którego ten nigdy nie miał.
– Widzieliście już boisko treningowe? – Spytał Martin.
– Nie. A co?
Quentin

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.