„Rok 2012” (11, 12)

W poprzednich odcinkach

Właśnie leciał „Teleexpress”, kiedy w premierskiej sali kinowo-telewizyjnej zapaliły się wszystkie światła oznajmiając w ten
sposób wejście sekretarki. Ta podeszła do premiera, rzuciła mu na kolana plik dokumentów, po czym sucho oznajmiła:
– Jestem zawiedziona.
– Że co, że majonez mi wyleciał? – Zaskoczony premier zaczął szybko coś ścierać papierami. – Moje fotele, mój show.
– Że nie trzyma pan diety. A sondaże lecą na łeb.
– Moja droga, słowo klucz to „homeopatia”. Similia similibus curentur, fight fire with fire, podobne lecz podobnym. Stąd ten zestaw.
– Na Boga, nawet jeśli nie widzę w tym żadnego związku, to dawki powinny być minimalne!
– No i dlatego to nie zestaw super size, tylko upper medium.
Erystyka zawsze pozwalała zamknąć usta plebsowi.

Prywatna sala kinowo-telewizyjna to coś, co premier zawsze chciał mieć. Kiedyś jeden dryblas, prawie metr siedemdziesiąt, usiadł przed nim na swym numerowanym siedzeniu i całą przyjemność z seansu „Babe-świnka z klasą” diabli wzięli. Żeby chociaż siedział jak człowiek, wygodnie obniżony w fotelu, ale nie – ten się wyprostował jakby mu ktoś w dupę kij włożył i nie było na niego mocnych. Ale to już przeszłość.
Premier żył przyszłością. O dwudziestej będzie „M jak miłość”, za dziesięć minut konferencja z udziałem Beenhakkera. Przypuszczalnie znowu będzie truł o stanie polskich boisk. Holendrzy w takich warunkach nie potrafią podać piłki nawet na pięć metrów. Okazuje się, że i Niemcy. I Anglicy. Ale Polacy sobie radzą. A więc jest dobrze, gdyż raport sporządzony z oddania stadionu premierskiego wygląda więcej niż źle. Premier sporządził go osobiście.

– Panowie sobie chyba żartują, ta ściana jest zupełnie krzywa – rzekł premier trzy dni temu stojąc w holu prowadzącym na murawę boiska.
– Nie… No skąd, wydaje się. No, może troszeczkę. Ale nie, wydaje się – rzekł robol dwa dni, dwadzieścia trzy godziny, pięćdziesiąt dziewięć minut i czterdzieści osiem sekund temu.
– Ściany holu powinny stać równolegle, prawda?
– Jak najbardziej.
– A zwężają się ku wejściu. Przy tamtej ścianie kafelki terakoty są prostokątne i tworzą w sumie prostokąt, a przy tej przycięte tak, że cała sekwencja przypomina trójkąt prostokątny!
– Premierze, budownictwo to nie matematyka. Ale po co te nerwy, Denek, przynieś no tu miarkę.
– I jak?
– No, chyba faktycznie jest lekkie przesunięcie. Ma premier złote oko.
– I teraz co, wszystko trzeba zburzyć!
– Nie, oczywiście, że nie. Takie rzeczy się zdarzają i myślę, że w ogóle nie ma o co kruszyć kopii. Wystarczy zasłonka przy wejściu i będzie git.
– Zasłonka?
– Najzwyklejsza. Powiesi się przy wejściu do holu, po lewej stronie, co zamaskuje krzywiznę. Albo kwiatek można postawić.
– Kwiatek!?
– Dracenę najlepiej.

Tak, premier miał rację. Beenhakker nawijał o stanie boisk, zupełnie jak robił to pięć lat temu. Ale w jednym się wtedy pomylił. Polakom taki stan rzeczy nie zaszkodził. A teraz to niech się reszta martwi. Istnieje teoria Brazylijczyka. Brazylijczycy są dlatego tacy dobrzy w te klocki, ponieważ aby pograć w piłkę, codziennie muszą biec boso na swoje kamieniste boisko przez dziesięć kilometrów, żeby potem przez kilka godzin kopać w krowi pęcherz. Kiedy parę lat później Nike da wybrańcom swoje srebrne buty, a klub zapewni zieloną trawę, to już idzie z górki. Europa skosztuje odwrotnej pod każdym względem sytuacji. Zapowiadają się piękne mistrzostwa.
gambit

***

Wayne Rooney przeciągnął się i ziewnął. Potarł kantem dłoni zaspane oczy wydłubując z ich kącików jęczmień. Leżał tak przez chwilę bez ruchu i zastanawiał się czy nie pospać jeszcze trochę. Właściwie mógł przeleżeć pół dnia, bo w ten piątkowy poranek nie było żadnego treningu. Wieczorem mieli stawić się na lotnisku i odlecieć na Mistrzostwa Europy do Polski, a do tego czasu mieli czas wolny. Wayne podrapał się po kroczu i zwlekł z łóżka macając palcami stóp za kapciami, które znalazłszy nasunął na stopy. Tak przygotowany stanął obok łóżka i zrobił tradycyjne sto czterdzieści osiem przysiadów, które ostatecznie go budziły każdego ranka. Było to jedno z przyzwyczajeń, które towarzyszyły mu od dawna.

Wyjrzał przez okno i z zadowoleniem stwierdził, że dziś nie pada. Sięgając pamięcią wstecz nie przypominał sobie takiego bezdeszczowego poranka w czasie ostatnich kilku tygodni. Jak na złość, gdy trzeba było trenować to lało jak z cebra, a gdy choć raz pogoda zachęcała do robienia kółeczek wokół murawy, to akurat nie było treningu. No, ale patrząc na to z optymistycznej strony z zadowoleniem stwierdził, że przynajmniej nie zmoknie idąc po gazetkę to pobliskiego kiosku, w którym już dawno przestano się dziwić, że słynny Wayne Rooney zaopatruje się tam w prasę. Zresztą Wayne wiedział, że kioskarz, zgryźliwy Polak, niespecjalnie za nim przepadał. Tak było odkąd tylko przejął podupadający kiosk z prasą, a niechęć ta nasiliła się w dniu, w którym Rooney strzelił Polakom sześć bramek w meczu eliminacji do Mistrzostw Świata w RPA, które zresztą zostały w ostatniej chwili przeniesione gdzie indziej ze wzgledu na zagrożenie wirusem coli, którego epidemia rozszalała się na dobre w tym południowoafrykańskim kraju, który pozostawiony w rękach tzw. czarnej większości podupadł całkowicie zamieniając się w wylęgarnie chorób przy których ebola wyglądała niczym wielkanocny zajączek.

Wayne wyszedł z sypialni i długim korytarzem przeszedł w kierunku łazienki. Ten kilkuminutowy spacer korytarzem, który na wszystkich gościach jego rezydencji robił kolosalne wrażenie, zawsze poprawiał mu humor. Przy ścianach stały niezliczonej ilości puchary, które zdobył podczas swojej kariery, a same ściany wyklejone były gazetami bijącymi po oczach wielkimi nagłówkami chwalącymi skuteczność napastnika Manchesteru United, z którym związany był już od tylu lat, że wydawało mu się, iż epizod w Evertonie w ogóle nie miał miejsca. Przez te lata gry w manchesterskim klubie stał się nieoficjalną maskotką Czerwonych Diabłów. Piłkarze przychodzili i odchodzili a on ciągle strzelał bramki i nie miał najmniejszego zamiaru przenosić się gdzie indziej. Przywiązany do ManU chciał w tym klubie skończyć karierę i zostać trenerem młodzieży. No, ale na to miał jeszcze czas, bo dwadzieścia siedem lat jakie przeżył nie było dla piłkarza wiekiem emerytalnym. Gdy myślał o Paolo Maldinim, który wciąż wybiegał w obronie Milanu mimo swoich czterdziestu czterech lat, to wiedział, że czekało go jeszcze co najmniej kilka lat zawodowego uprawiania piłki nożnej…
Pod stopami poczuł, że kończy się posadzka a zaczyna dywan, co informowało go, że zbliża się do celu swojej podróży, łazienki. Uśmiechnął się jeszcze raz na myśl o tłustych latach spędzonych w najlepszym klubie na świecie i znów czuł to silne uczucie, które podpowiadało mu, że za Manchester United wskoczyłby w ogień. Kibice dobrze o tym wiedzieli i dlatego kochali go najbardziej ze wszystkich swoich pupili.

Wtem zadzwonił telefon.

– Słucham?
– Ocipiałeś do końca?! – Usłyszał w słuchawce wzburzony głos.
– He? – Zająknął się zbity z tropu piłkarz.
– Nie wychodź lepiej dzisiaj z domu! Za pół godziny przyjedzie po ciebie samochód, bądź gotowy.
– Ale o co chodzi?

Głos po drugiej stronie słuchawki rozłączył się. Wayne znał go dobrze, ale jeszcze nigdy nie słyszał w tak wzburzonej wersji. Coś musiało się wydarzyć a Rooney nie miał pojęcia co.

***

Gdy tylko minął przeszklone drzwi holu siedziby Brytyjskiego Związki Piłki Nożnej, John Maria Grzyboski wiedział, że wydarzyło się coś niespodziewanego. Domyślał się co to może być, ale nie chciał zapeszać powodzenia swojej małej dywersji optymistycznymi myślami. Jak co rano minął stróżówkę i zmierzał do swojego gabinetu pełnego przeróżnej maści sprzętu audiowizualnego, który pomagał mu w jego pracy. Dzień po dniu wsłuchiwał się w szumy dochodzące z przemycanych do jego biura taśm z obozu treningowego polskich piłkarzy i obmyślał co też mogą znaczyć terminy typu „na biskupa” czy „zagraj na zachrystię”. Sporo jeszcze nie wiedział, ale też coraz więcej rozumiał. Np. „taca” oznaczała zbiórkę na środku boiska, „roraty” pierwszy trening o świcie a „grałeś dzisiaj gorzkie żale” kiepski występ. Wciąż jednak było przed nim sporo pracy, a trzeba to było pomnożyć przez trzy biorąc pod uwagę tajne zadania przekazane mu przez Izaaka Blumsztorma, tego „ciula z pejsami” jak w myślach nazywał go Grzyboski.
– Widziałeś?! – Przerwał brutalnie jego myśli Kevin z działu taktyk obronnych.
– A cześć, Kevin. Jak tam granie szóstką obrońców w jednej linii. Rozgryźliście to już?
– Stary, kto ma dzisiaj głowę do takich rzeczy. Od rana piekło, telefony się urywają. Nie ma czasu żeby spokojnie bułkę z dżemem zjeść i herbatą popić.
– Stało się coś? Nic nie wiem.
– Ignorancja to błogosławieństwo… Rooneya chcą z kadry wyrzucić. Właściwie to nie mają wyjścia, muszą to zrobić. Od rana kibice wydzwaniają z groźbami. Obstawili lotnisko, nie dadzą nam wylecieć do Polski, jeśli Wayne z nami poleci. Bojówki Manchesteru szukają go od rana, chcą go dorwać. Gadałem z jego agentem, już mu tajny przerzut na Kanary kombinują, żeby tam przeczekał zamieszanie. Mówię ci, stary, wszystko na głowie stoi.
– Bojówki Manchesteru? Wydawało mi się, że mnie tylko parę godzin w biurze nie było. Co im się tak nagle odmieniło?
– Patrz – powiedział Kevin i wepchnął Grzyboskiemu do rąk zmięty egzemplarz „The Sun”. Grzyboski wiedział, co zobaczy na okładce, ale i tak rzucił okiem na wielkie zdjęcie na pierwszej strony gazety. Tak jak się spodziewał zobaczył tam Wayne’a Rooneya w koszulce Chelsea FC. Napisany równie wielką czcionką tytuł nie pozostawiał żadnego miejsca na domysły. „Od przyszłego roku przenoszę się na Stamford Bridge”.

Grzyboski uśmiechnął się gorzko. Jeśli cokolwiek przerażało go w życiu, to była to świadomość tego jak wiele złego można zrobić przy pomocy znajomości i najnowszego PhotoShopa.
Quentin

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.