„Rok 2012” (10)

W poprzednich odcinkach.

– …brutalna napaść na Bartosza Jankowiaka, napastnika polskiej reprezentacji. Trener i koledzy Bartosza z drużyny są wstrząśnięci tą bezsensowną śmiercią. Policja odmawia mediom jakichkolwiek informacji, czekamy na specjalną konferencję Naczelnika, która ma rozpocząć się za dwadzieścia minut, a którą będziemy…
– Wyłącz to! – Powiedział do swojego asystenta, młodego chłopaka świeżo po seminarium duchownym, kapelan reprezentacji Polski i spojrzał w stronę zgromadzonego w sali odpraw Specjalnego Sztabu Szkoleniowego, który był tworem prężnym, aczkolwiek opinia publiczna nie miała żadnego pojęcia o jego istnieniu. „Opinia publiczna nie musi o wszystkim wiedzieć” – tę Pierwszą Zasadę Postępowania z Poddanymi sformułowaną przez samego Naczelnika w kultowym już okólniku wydanym z okazji jego pierwszej rocznicy piastowania najwyższego stanowiska państwowego, znał każdy kto choć trochę liczył się w szeregach władzy. Pięciu mężczyzn, członków SSS, siedziało spokojnie za stołem i w myślach rozważało to, co właśnie usłyszeli w specjalnym wydaniu „Wiadomości”, jedynego niezależnego programu informacyjnego w Polsce, którego od lat nie potrafili zdjąć z anteny. Jak się okazało łatwiej było rozprawić się z „Różową landrynką” i „Dziewczynami w bikini” niż z tym programem, którego próby zdjęcia z ramówki zawsze kończyły się mniejszymi bądź większymi rozróbami. Nie to jednak stanowiło w tej chwili największy problem. Ba, „Wiadomości” nie stanowiły w tej chwili żadnego problemu.
– I co? – Zapytał biskup Kalinowski, który w młodości z powodzeniem kopał piłkę w juniorach Legii Warszawa, a potem był kapitanem pierwszego Kościelnego Klubu Sportowego Taca Toruń, który w 2010 roku, czyli w roku wznowienia rozgrywek ligowych, do których przystąpiły całkiem nowe kluby z zupełnie nowymi kadrami zawodniczymi jak i trenerskimi w głównej mierze opartymi na alumnach oraz na kewnych i znajomych królików będących u władzy, zdobył Puchar Polski po porywającym meczu finałowym z dominującym w lidze Gosiewiakiem Kielce. Kalinowski miał trzydzieści trzy lata i był najmłodszym ze zgromadzonych na sali mężczyzn, nie licząc asystenta kapelana reprezentacji, którego wszyscy z SSS bez wyjątku traktowali jak powietrze.
– Rozumiem, że zgadzamy się z tym, że chłopaki nie mogą dowiedzieć się o śmierci Jankowiaka – spokojnym głosem stwierdził najmłodszy rangą wikary Józef. Nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska ani nie wiedział, co ten niski rangą, tęgi i lekko łysawy ksiądz robił w SSS. Wszyscy wiedzieli, że w takim awansie mógł pomóc mu jedynie Naczelnik, ale powody tego awansu były zupełnie niejasne. Nikt nie śmiał pytać Józefa o szczegóły, a wśród członków SSS krążyły legendy o różańcu wikarego Józefa. Podobno bez problemu mógł zrobić z niego garotę. Plotki te wydawały się jednak mocno przesadzone, biorąc pod uwagę spokojny sposób bycia Józefa i jego umiłowanie zieleni.
– Tak. Wyniki naszego głosowania są jednoznaczne. Nikt nie głosował przeciw. Pytanie tylko czy jesteśmy w stanie utrzymać przed nimi tę wiadomość w tajemnicy? – Spytał kapelan reprezentacji kończąc swój wywód. W oficjalnej hierarchii kościelnej dochrapał się jedynie stopnia księdza kanonika, ale tutaj mimo obecności dwóch biskupów i kardynała, to on miał decydujące zdanie, które jednak, jak głosiły plotki, zawsze konsultował z Józefem na prywatnych spotkaniach, które odbywały się w każdy czwartek zaraz po wieczornej mszy z udziałem wszystkich piłkarzy i sztabu szkoleniowego.
– Nie powinno być z tym problemu – z pewnością w głosie stwierdził Kalinowski. – O piłkarzach nie mówię, bo każdy z nas wie, co i jak. Komórek nie mają, a wyposażenie ich cel nie zawiera żadnej elektroniki poza naszymi kamerami. Ogólnie śpią, jedzą i trenują. Trenerzy właściwie to samo. Ich laptopy nie mają połączenia z Internetem a wewnętrzna sieć zapewnia im jedynie dostęp do tego, co muszą wiedzieć o przeciwnikach. No a obsługa licheńskiego ośrodka przygotowawczego składa się z zakonników, którzy złożyli śluby milczenia.
– Czyli co, nie ma się czym martwić? – Zapytał uspokojony kapelan.
– Proponowałbym jedynie zwiększenie liczby strażników z Opus Dei pilnujących murów ośrodka. Jeśli będziemy mieć pewność, że nikt z zewnątrz się tutaj nie przedostanie, to ze stuprocentową pewnością stwierdzam, że poradzimy sobie bez problemu z zaistniałą sytuacją – podsumował odpowiedzialny za ochronę ośrodka kardynał Castelgandolfo, w którego żyłach płynęła włoska krew po ojcu, pobożnym Włochu. Castelgandolfo poza nazwiskiem nic nie łączyło z Włochami, co udowodnił już tyle razy, że od dawna nikt nie wymagał od niego kolejnych dowodów.
– Dobrze zatem. Każdy wie, co ma robić – zakomenderował kapelan. Castelgandolfo zajmie się ochroną ośrodka, Kalinowski dla pewności przykręci śrubę piłkarzom i trenerom. Niech za dużo nie biegają po ośrodku. Mają w celach książki niech czytają. A Korbutt – kiwnął w stronę milczącego do tej pory biskupa – zajmie się mediami. Zresztą sądząc po tym, co usłyszeliśmy we „Wiadomościach” robi idealnie to, co do niego należy. A ty, Józiu, rób swoje.

***

Monika siedziała ukryta w krzakach i analizowała swoją sytuację. Cały świat znał ją jako Monikę Jabłczyńską, nieustraszoną dziennikarkę „Głosu Polskiego”. Cały świat nie wiedział jednak, że dziennikarstwo nie było jej jedyną domeną. Wysportowana kobieta w średnim wieku całą swoją młodość spędziła w Izraelu, gdzie była szkolona przez najlepszych agentów Mossadu. Nabyte tam umiejętności pozwoliły jej upozorować własną śmierć i załatwić sobie nową tożsamość, co wiązało się z całkowitą operacją plastyczną twarzy. Nie było na świecie nikogo, kto rozpoznałby w niej dawną Rachelę. Zresztą ona sama już od kilku lat widziała w swoim odbiciu w lustrze jedynie Monikę. Opanowanych umiejętności jednak nie zapomniała nigdy.
Westchnęła głeboko i spojrzała na strzeliste mury ośrodka treningowego w Licheniu. Dobrze wiedziała, że po incydencie z Jankowiakiem ochrona muru zostanie wzmocniona, ale postanowiła zaryzykować. Gra była warta świeczki. Poprawiła plecak z całym ekwipunkiem zabranym na tę samobójczą misję i rzuciła w górę cienką, wzmacnianą stalowymi włóknami linę. Zakończona ostrymi zębami wbiła się w blanki muru. Monika naprężyła linę i zaczęła się wspinać.

***

– I jak podobają się wam nowe koszulki? – Spytał biskup Kalinowski zbierających się koło niego reprezentantów Polski. – Tylko szczerze jak na spowiedzi – podkreślił głośnym basowym śmiechem swój dowcip. Piłkarze szczerze się roześmiali. Lubili poczucie humoru sympatycznego biskupa.
– Nie są najlepsze – z wahaniem w głosie odpowiedział białowłosy kapitan reprezentacji. Większość kolegów pokiwała głową na znak zgodności ze swoim kapitanem.
– Cóż wy też mówicie? Siostry Franciszkanki z zakonu w Strachocinie specjalnie dla was tkały je na zakonnych ręcznych krosnach. Włożyły w ich wykonanie całą swoją duszę i jeszcze więcej serca.
– Doceniamy to, biskupie, ale te koszulki są zupełnie niepraktyczne. Bardziej będą nam przeszkadzać niż pomagać.
– Dlaczego?
– Po pierwsze czarny kolor przyciąga słońce. Jesli przyjdzie nam grać w upale to wykończymy się z gorąca. A nie mówię już nawet o tym, że wsiąka w nie cały pot i robią się po kilku minutach trzy razy cięższe.
– No tak… – pokiwał głową biskup.
– A po drugie te koloratki. Strasznie piją w szyję – zakończył kapitan.
– No rzeczywiście – przytaknął biskup. – O tym nie pomyśleliśmy. Zobaczę co da się zrobić.
Za to go właśnie lubili, zawsze słuchał swoich piłkarzy i starał się zrobić wszystko, żeby mieli jak najlepsze warunki. Nie szczędził swojego czasu i znajomości i nawet własnoręcznie poświęcił ich cele za co byli mu wdzięczni. Pokiwali z wdzięcznością głowami i odwrócili się, żeby wrócić na trening.
– Poczekajcie, chłopcy – zatrzymał ich Kalinowski. – Mam dla was jeszcze dwie wiadomości.
Odczekał, aż z powrotem staną dookoła niego i kontynuował.
– Po pierwsze musicie wiedzieć, że wczoraj przyjąłem i zatwierdziłem rezygnację doktora Malinowskiego. W ciągu dwóch dni znajdziemy wam nowego fizjologa – dodał, co zawodnicy przyjęli brawami. – Po drugie zaś, cóż, będzie to niemiła wiadomość. Chodzi o waszego kolegę, Bartka Jankowiaka.
Wśród zebranych piłkarzy rozległ się pomruk. Kalinowski nie wiedział jak go zinterpretować, ale nie przerwał swojego oświadczenia.
– Poprosiliśmy go wczoraj, żeby wystąpił na spotkaniu Oazowych KKS-ów i opowiedział parę słów o pracy jaką tu wykonujecie. Na koniec spotkania zademonstrował drybling i wtedy coś strzeliło mu w kolanie. Niestety, ta kontuzja wyklucza go z mistrzostw. Na szczęście jego zdrowiu nic nie zagraża, więc nie przejmujcie się. Po mistrzostwach odwiedzimy go w szpitalu.
– A co ze środkiem napadu? – Zmartwił się kapitan.
– Zostało was tutaj jeszcze pięciu napastników, na pewno zapełnicie lukę po Bartku. Jednakowoż na zebraniu sztabu szkoleniowego ustaliliśmy, że przydałoby się wzmocnienie naszej środkowej linii. Mamy nawet jednego kandydata na tę pozycję.
– Ale… – zaczął kapitan. Kalinowski nie dał mu skończyć.
– Rozumiem, że możecie tego nie akceptować, bo tworzycie rodzinę, która jest ze sobą od paru lat na dobre i na złe i pewnie uważacie, że osoba spoza waszego kręgu was nie zrozumie, ale według sztabu taki zastrzyk świeżej krwi jest wam potrzebny. Jeśli nasz pomysł się nie sprawdzi, to odpuścimy to sobie, ale póki co chciałbym was prosić, żebyście pomogli Sebkowi jak najlepiej zaaklimatyzować się w drużynie. Pomożecie?
– Pomożemy! – Odkrzyknęli jak jeden mąż zawodnicy polskiej reprezentacji. Kalinowski odwrócił się na pięcie i krzyknął:
– Sebastian! Przyjdź do nas!

Sebastian Mila poprawił piłkarskie obuwie, podciągnął getry, schował w dekolcie koszulki krzyżyk z Panem Jezusem i wbiegł na murawę boiska w Licheniu.
Quentin

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.