Kilka fikcyjnych filmowych sportów

Źródło natchnienia.

[disclaimer: Notka crosspostowa na obydwu moich blogach wszak dotyczy zarówno filmu jak i sportu.]

Mały przewodnik po fikcyjnych sportach wymyślonych na potrzeby filmów. Kto wie, może przyda się dla MKOl-u na ściagę w końcu lubią różne pierdoły włączać do programu olimpijskich konkurencji.

– „The Blood of Heroes”

Sprawa jest banalnie prosta. jest kijek, jest czaszka psa – trzeba nabić czaszkę psa na kijek. Koniec zasad. We wbijaniu czaszki na kijek skutecznie przeszkadza drużyna przeciwna uzbrojona w przeróżne niespodzianki. Łatwo o kontuzje, ciężko awansować do ekstraklasy.

– „Arena”

Jedna z bardziej sprawiedliwych odmian sztuk walki. I choć na ringu karzeł może walczyć z Predatorem, to odpowiednia maszyneria zapewnia wyrównanie sił pomiędzy gatunkami. Naparzanka międzygatunkowa, ale sprawiedliwa.

– „Harry Potter”

Zgłębiać zasad qudditcha mi się nie chce, ale z tego co pamiętam z grania na kompie sto lat temu, sport to dość debilny. Nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale zdaje się fakt zakończenia spotkania „no matter what” w chwili złapania jakiegoś świecącego czegoś jest dość bezsensowny w świetle tego całego fruwania na miotłach. No, ale gdzie tu się logiki spodziewać po dyscyplinie sportowej wymyślonej przez kobietę.

– „Baseketball”

„South Park” im lepiej wyszedł.

– „Dodgeball”

Pozwólcie, że w opisywaniu zasad wyręczy mnie Hank Azaria.

– „Battle Royale”

Na olimpiadzie mogłoby nie przejść, ale w końcu Battle Royale jest jak najbardziej zgodne z ideą „niech wygra najlepszy”. Kilkudziesiętu młodych ludzi zostaje wysłanych na wyspę i w trzy dni mają się pozabijać. Kto przeżyje jako ostatni ten wygrywa. „Prostota, droga Clarice, poczytaj Marka Aureliusza”.

– „Death Race 2000”

Kolejna kontrowersyjna sportowa rozrywka, w której (co za ulga) zawodnicy nie muszą się zabijać (choć mogą oczywiście, przepisy nie zabraniają), ale za to muszą zabijać innych, bo nie dostaną punktów. Połączenie z wyścigiem samochodowym przez całą Amerykę zdaje się nie doczekało się odpowiedzi na pytania typu: „A co, jeśli ten który do mety dojedzie pierwszy nie zabije nikogo po drodze?”

– „Rollerball”

W rollerballa grają naprawdę (prawdopodobnie), ale dla dobra notki i dla jej wydłużenia wspomnijmy i o tej odmianie wrotek połączonej z wrzuceniem kulki do dziurki. Warto też wspomnieć, że w rollerballa grała nawet Shirley Pawlak.

– „Solarbabies”

A tutaj nic mądrego nie mam do napisania, bo filmu nie widziałem. Jakowaś odmiana hokeja na wrotkach zwana Skateballem. Braki w sportowej edukacji można nadrobić bez problemu, bo cały film leży na YT. Poprawka z ostatniej chwili: już nie leży. „Spóźniłeś się o dwadzieścia dwie dechy”.

– „Robot Jox”

Czyli, upraszczając, walki Transformersów. Trzeba znać, niedługo znowu będą modne.

– „The Running Man”

Najstarszy pomysł na świecie przekształcony w reality show. Ty uciekaj, my cię dogonimy i zabijemy. Och, ups, pan Schwarzenegger?

– „Mystery Alaska”

Żartowałem. To film o normalnym hokeju.

– „Mad Max Beyond Thunderdome”

Głupie to takie, że nic nie pamiętam. Podrygują na gumkach od majtek.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.