„Magia zmysłów” [„The Mistress of Spices”]

Tilo (Aishwarya Rai) jest właścicielką sklepu z przyprawami w San Francisco. Nie jest zwykłą sklepową – wie o przyprawach tyle samo, co James Bond o zabijaniu. Bycie fachowcem z dziedziny przyprawologii stosowanej związane jest jednak ze sporymi wyrzeczeniami, które Tilo musi znosić. Znosi je jednak z pokorą, bo bardzo kocha swoje przyprawy. Problem pojawia się jak zwykle w postaci przystojnego Douga (Dylan McDermott), który jeździ na fajnym motorze i na pewno jest cool. Goście jeżdżący na fajnych motorach nie mogą przecież nie być cool. Tilo wpada po uszy i w związku z tym przysparza sobie i klientom swojego sklepu wiele kłopotów.

Miło od czasu do czasu obejrzeć film o Hindusach, w którym to filmie nie wszystko jest takie cacy jak w bollywoodzkich produkcjach. Okazuje się, że Hindusi też mają ciężkie życie i to nie zawsze z powodu nieszczęśliwej miłości. Znaczy się chyba miło, bo „Magia zmysłów” akurat nie należy do szczytowych osiągnięć kinematografii. Wręcz przeciwnie, można o tym filmie napisać, że to po prostu zwykła bzdura. Bohaterką jest Hinduska, która nie da się dotykać, nie może wychodzić ze sklepu i całymi godzinami gada ze swoimi przyprawami dziwiąc się za każdym razem, gdy widzi papryczkę chili, choć przecież pracuje w sklepie z przyprawami, więc chyba nie ma się czemu dziwić widząc czerwone papryczki. 50% filmu to gadanie do przypraw i dzielenie się z widzami tajemnymi przepisami na poprawienie sobie życia przy pomocy konkretnych przypraw i innych listków. Oczywiście to, że dowiadujemy się, że kardamon jest na coś tam, a dashmul poprawia pamięć niewiele znaczy. Równie dobrze może to być środek na przeczyszczenie, bo w końcu nie ma żadnych podstaw ku temu, żeby wierzyć w to, co do nas mówią z ekranu. Przynajmniej ja nie wierzyłem, bo w czary mary nie wierzę. W końcu gdyby przyprawy miały jakąś moc i autorzy filmu ją znali, to by sobie zaaplikowali odpowiednią dawkę, która pozwoliłaby im nakręcić ciekawy film.

Nudne filmidło. „Och kochane przyprawy nie każcie moich sąsiadów, bo wpadł mi w oko facet na motorze” i tak przez cały film. Ukochany Tilo jest mdły strasznie i ciężko uwierzyć, że tak bez słowa zwalił z nóg Miss Świata. Nie ma w gościu nic ciekawego, tak samo zresztą jak i w Tilo, która przez większość czasu robi wielkie oczy i potrafi gadać tylko o jednym. Między tą dwójką nie ma absolutnie żadnego napięcia i cokolwiek by się nie wydarzyło to i tak przyjąłbym to pewnie z obojętnościa. Nawet gdyby odlecieli na Blargon 7 w poszukiwaniu alternatywnego źródła energii.

Dobrze chociaż, że możliwość popatrzenia na Aish jest tradycyjnie przyjemnością, więc można usiedzieć do końca. Sympatyczne wizualnie są też kupki kolorowych przypraw, ale o ile w trakcie oglądania „Czekolady” miało się ochotę na zjedzenie dwóch tabliczek czekolady na raz i nieomal czuło się jej zapach wiejący z ekranu, to w „Magii zmysłów” ani przez chwilę nie poczułem żadnej przyprawy nie mówiąc już o tym, żeby mieć na jakąś ochotę. 3(6). Być może książka (film jest adaptacją) lepsza, ale film wyszedł bezpłciowy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.