„Ghost Rider”

Młody zdolny motocyklista, Johnny Blaze (Nicolas Cage; no żeby być ścisłym to Matt Long, który zagrał młodego Cage’a) podpisuje pakt z diabłem (Peter Fonda, który najwyraźniej już jest za stary żeby jeździć na harleyu tak jak za młodych lat) na mocy którego w nieokreślonej przyszłości będzie musiał mu służyć jako piekielny jeździec do specjalnych poruczeń. I rzeczywiście, w końcu nadchodzi taki czas.

Wielki, przeogromny boom na ekranizacje komiksów trwa. Nawet biednego Miśka Cage udało się przekonać, że występ w takiej ekranizacji jest cool. W sumie przepadł mu Superman, w którego kostium był przymierzany kilka lat temu, to dlaczego miał nie wykorzystać kolejnej szansy. Wystarczyło sprytnie roztoczyć przed nim wizję kinowego hitu, na który pójdzie do kina tłum nastolatków i nie dawać mu do przeczytania tych kilku kartek, które dla przyzwoitości ktoś nazwał scenariuszem.

Reżyserią „Ghost Ridera” zajął się specjalista od ekranizacji komiksów, Mark Steven Johnson, którego konto obciążają już „Daredevil” i poniekąd „Elektra”. Sądząc zresztą po tych tytułach, słowo „specjalista” nie jest tu na miejscu, bo obydwa te filmy to bzdura do kwadratu. Tak samo zresztą jak i „Ghost Rider”. Spokojnie więc można powiedzieć, że Mark Steven Johnson trzyma poziom.

„Ghost Rider” to przeogromna głupota i obraza każdego widza, który ma choćby trochę inteligencji. Zupełny brak scenariusza i fatalny tytułowy bohater (czacha, która się pali, no nawet źle to brzmi) składają się na ponad półtorej godziny pierdół i bzdur w ilości hurtowej. I o ile jeszcze do momentu pierwszego pojawienia się Ghost Ridera było całkiem znośnie (choć standardowo) to gdy już zaczął pierdzieć tym swoim podpalonym motocyklem po ulicach, jakiekolwiek próby sklecenia fabuły przestały mieć miejsce. Do końca już tylko GR pojawiał się i znikał, Wes Bentley w roli głównego przeciwnika robił straszne miny a Eva Mendes rozpraszała uwagę widza bluzkami z dekoltem (jedynym zresztą dającym się z przyjemnością oglądać elementem tego filmu).

Możecie sobie spokojnie darować oglądanie, jeśli nie jesteście fanami tego komiksu. A szczególnie, gdy pierwszy raz o nim słyszycie, bo może rzeczywiście jest dobry a po obejrzeniu filmu to już na pewno nie będziecie mieli ochoty, żeby po niego sięgnąć. 2+(6) bo mimo wszystko nie zszedłem śmiertelnie podczas seansu, no i dlatego, że film był lepszy (o co nietrudno) od „Elektry”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.