Wstęp do „Strefy zmierzchu”

„Poza czterema znanymi człowiekowi wymiarami istnieje jeszcze wymiar piąty. To wymiar rozległy jak kosmos i bezczasowy jak nieskończoność. W nim właśnie przebiega granica pomiędzy światłem i cieniem, między nauką i przesądem, między otchłanią ludzkich lęków i szczytem człowieczej wiedzy. To wymiar wyobraźni. Krainę te nazywamy… Strefą Zmierzchu”.

„Strefa zmierzchu” pokazywana była w sieci CBS od października 1959 roku aż do lata roku 1965. Ze wszystkich seriali jakie kiedykolwiek pojawiły się na ekranach amerykańskiej telewizji, „Strefa…” najtrudniej poddaje się wszelkim uogólnieniom. Nie był to western ani serial policyjny (choć niektóre odcinki działy się na Dzikim Zachodzie, w innych zaś występowali policjanci); nie był to także ani program science-fiction, ani komedia, ani horror (choć często pojawiały się w nim odcinki pełne grozy, w specyficznym dla tego serialu rodzaju), ani też opowieść o zjawiskach nadprzyrodzonych. „Strefa…” stanowiła jedyny w swoim rodzaju fenomen.

Rod Serling, twórca serialu, stał się znany w czasach określanych dziś jako złota era telewizji. Pracę nad „Strefą…” uznał najwyraźniej za sposób na przetrwanie w podziemiu i utrzymanie przy życiu swoich ideałów po tym, jak pod koniec lat 50 i na początku 60 zlikwidowano większą część prestiżowych serii fabularnych w telewizji. Pod uspokajającymi pozorami fantastycznych historyjek udało mu się tu poruszyć temat faszyzmu („He Lives” z Dennisem Hopperem grającym młodego neonazistę, którym kieruje widmo Adolfa Hitlera), masowej histerii („The Monsters Are Due on Maple Street”), a nawet problematykę Conradowskiego „Jądra ciemności”. Nieczęsto jakikolwiek program telewizyjny ośmielił się pokazać ludzką naturę w równie złowieszczym i przenikliwym świetle co odcinek zatytułowany „The Shelter”, w którym grupka sąsiadów z przedmieścia, podczas konfliktu nuklearnego zostaje sprowadzona dopoziomu zwierząt, walczących o panowanie nad schronem przeciwatomowym.

Inne odcinki wprowadzały widza w nastrój niesamowitości – i w tej mierze „Strefie…” nie zdołał dorównać żaden inny serial. „Myślę, że jakaś jedna trzecia odcinków była naprawdę dobra” – stwierdził Serling w jednym z wywiadów. „Kolejna jedna trzecia da się znieść, pozostałe to zwykłe śmiecie”.

Wspomnienia większości ludzi dotyczące „Strefy zmierzchu” zawsze mnie zastanawiały. Pamiętają oni zazwyczaj zaskakujące pointy, lecz mam wrażenie, że prawdziwy sukces serialu opierał się na solidniejszych podstawach, stanowiących łącze między starą literaturą groszową sprzed lat 50 a „nową” literaturą grozy i fantastyki. Tydzień po tygodniu „Strefa…” przedstawiała nam zwyczajnych ludzi w niezwykłych sytuacjach, kudzi, którzy w jakiś sposób skręcili w niewłaściwą stronę i znaleźli się w innej rzeczywistości – w Serlingowskiej „Strefie”. To był naprawdę znakomity pomysł i najprostsza droga do krainy fantazji dla widzów i czytelników, którzy zazwyczaj nie mają ochoty jej odwiedzać.

Stephen King, „Danse Macabre”.

No cóż, to przez kilka nastepnych tygodni pooglądajmy „Strefę zmierzchu” i my. Już wkrótce zapraszam na odcinek numer 1.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl