„Dobry rok” [„A Good Year”]

Max (Russell Crowe), londyński makler, dostaje informację o śmierci swojego wuja (Albert Finney). Wraz z tą informacją dowiaduje się o odziedziczonym w spadku domu i winnicy w Prowansji. Korzystając z okazji, Max ma zamiar jak najszybciej sprzedać tę posiadłość. Wybiera się do Francji, aby załatwić potrzebne formalności.

Zwykle obiecuję sobie, że o jakimś filmie napiszę super króciutko, a potem wychodzi z tego króciutkiego pisania elaborat. W przypadku tego filmu Ridleya Scotta myślę, że w końcu uda mi się napisać krótką recenzyjkę.

Totalne nieporozumienie. Film z gatunku „zobaczysz pięć minut i już wiesz jak się skończy i co wydarzy się po drodze do finału”. I choć nie ma nic złego w takich filmach (w końcu wszystko już było) to jednak, żeby taki film ‚chwycił’ potrzebne jest to coś, czego „Dobry rok” nie ma. Nie ma w tym filmie absolutnie nic oryginalnego, co mogłoby przemówić na jego korzyść. Oklepana fabuła o bohaterze, który się zagubił, trafił do raju i choć przez cały film udawał, że ma ten raj głęboko gdzieś to… No co? Jak myślicie, co?

Myślę, że Ridley Scott zgarnął pod stołem jakąś kasę od amerykańskiego biura turystycznego i dlatego nakręcił tę prawie dwugodzinną reklamówkę Europy, takiej, jaką widzą ją Amerykanie. Cudownego miejsca na romantyczny wypad z ukochaną, żeby się tam oświadczyć i mieć co opowiadać wnukom. Europa w amerykańskich filmach (komediach, komediach romantycznych, lekkich filmowych gatunkach) zawsze jest taka sama i tutaj też. Knajpka nad jeziorkiem, muzyka na żywo, lampek choinkowych od groma i stare filmy na dużym ekranie. I nagle spada deszcz i jest tak super romantycznie…

Russell Crowe robiący głupie miny i udający kalekę to nie jest to, co przyciąga mnie przed ekran. Po Ridleyu Scott’cie spodziewam się czegoś więcej niż rozkazania Crowe’owi, żeby się zaczął wydurniać, bo to na pewno spodoba się widzom. Taką lekką pierdółkę to mógł nakręcić jakiś Joe Somebody i może byłbym łaskawszy. A w takim wykonaniu to nawet jeśli ogląda się to bez znużenia, to i tak więcej niż 2(6) nie dam. Szkoda taśmy filmowej i talentu członków filmowej ekipy. W czasie seansu nie targnęła mną nawet najmniejsza emocja.

Acha, muzyka była fajna, choć „Moi Lolita” pasowało do tego filmu jak Andrzej Lepper do Pałacu Buckingham.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.