„The Quick and the Undead”

Ziemię opanowała fala żywych trupów. Chodzą chwiejnym krokiem i jedzą tych, którym udało się uniknąć epidemii. Jak zawsze jednak w przypadku jakiejś akcji następuje reakcja.  W tym przypadku za reakcję odpowiedzialni są łowcy nagród, którzy na zlecenie zajmują się polowaniem na zombie. Co jednak się stanie, gdy jeden łowca nagród postanowi zapolować na innych?

Ktoś się tu najwyraźniej za dużo filmów Sergio Leone naoglądał. To chwalebne brać przykład od najlepszych, ale dobry wzór to nie od razu przepis na sukces. No, ale z drugiej strony nie ma co za dużo wymagać od reżysera, dla którego jest to debiut ekranowy, aktorów, którzy nigdy wcześniej nie pokazali się w żadnym filmie, no i od budżetu, który w najlepszym wypadku pozwala na dodanie niektórych krwawych efektów na pececie. Zresztą, Takeshi Kitano może to dlaczego amatorzy nie mogą.

„The Quick and the Undead” to typowa produkcja klasy Z. Jeśli potraficie sobie wyobrazić film o zombie na Dzikim Zachodzie, który wyreżyserowałby pozbawiony talentu Sergio Leone, to właśnie tak wygląda opisywany film. Pomijając Dziki Zachód, bo poza kowbojskimi ubiorami to nic więcej wspólnego z Dzikim Zachodem ten film nie ma. No dobrze, są jeszcze opuszczone miasteczka po których jednak nie fruwa to okragłe krzaczaste badziewie, które nigdy nie wiem czym jest. Reszta skojarzeń to już tylko nawiązania do dwukrotnie już wspomnianego pana Leone. Są więc wolne ujęcia (choć akurat sceny przygotowywania żarcia dla basseta w „Avalonie” to nie pobijają) w czasie których kamera przez dwie minuty sunie wokół bohatera, który ładuje naboje do colta, jest główny bohater, który rzuca półsłówkami krótkie uwagi (i dobrze, że krótkie, bo dykcję ma taką jakby miał ziemniaka w nosie), no i który wygląda prawie zupełnie tak, jak młody Clint Eastwood. Co więcej, aktor występujący w tej roli również ma na imię Clint, choć podejrzewam, że może to być pseudonim.

Są filmy, do zrealizowania których wystarczy jeden pomysł. W tym przypadku pewnie wystarczyło skojarzenie tytułu filmu Sama Raimiego „The Quick and the Dead” ze słówkiem „undead” i voila, był już cały film. Widać to po braku scenariusza. Zresztą taki brak to plus dla filmu, bo aktorzy w nim występują kiepscy i mogliby sobie nie poradzić z zadaniami przekraczającymi groźne zmarszczenie brwi.

Obejrzeć się to wszystko da, szczególnie, że sam film trwa zaledwie jakieś 75 minut.Oczywiście uwaga ta odnosi się tylko do tych, którzy trawią takie produkcje i którzy lubią wyrywane flaki. Reszta kinomanów spokojnie może sobie film odpuścić, aczkolwiek muszą wiedzieć, że jest bardzo dużo gorszych filmów od „The Quick and the Undead”. 3(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl