„Feast”

Kilka osób przebywających wieczorem w barze, zostaje sterroryzowanych przez dziwne stwory nie wiadomo skąd, które nie pragną nic więcej jak tylko się dobrze najeść. No i w zasadzie dobrze trafiły, bo przyszły do baru…

Jedna dobra rzecz, która pozwoli mieć ubaw z tego filmu: należy zapomnieć o nadziejach na scenariusz obfitujący w niespodziewane rozwiązania i zwroty akcji. Czegoś takiego tu nie ma. Jest tylko kilka osób, które wiadomo, że wcześniej bądź później zginą, a przeżyje pewnie tylko jedna, a nie więcej niż trzy/cztery osoby. Oprócz nich mamy dziwne stwory w dość tandetnych kostiumach, które jednak cały czas opryskiwane są krwią i innymi tego typu rzeczami więc w zasadzie nawet nie wiadomo z kim przyszło naszym biednym bohaterom walczyć. I dobrze, bo z pewnością gdyby się dobrze przypatrzyć to widać by było zasuwaki.Jest w końcu trzecia osoba, której nie widać, a która poza kadrem trzyma wiaderko z krwią i w odpowiednim momencie opryskuje nią wszystko co się da. Tak w skrócie wygląda „Feast”.

A tak poza tym to bardzo fajny film. Oczywiście nie dla każdego, bo przecież miażdżenie głowy na krwawą papkę nie jest tym, co wszyscy lubią oglądać. Dla miłośników gatunku zabawa powinna być jednak przednia. Dużo krwi, dużo czarnego humoru, parę ciekawych rozwiązań na czele ze znakomitym początkiem i sposobem przedstawienia bohaterów filmu. Bać się nie ma czego, bo stwory są na tyle zabawne, że nie ma powodu żeby podskoczyć na fotelu nawet wtedy, gdy wyskakują znienacka. Pozostaje więc rozsiąść się wygodnie i rzucać w kierunku ekranu uwagi w stylu: no pewnie, przystaw oko do szpary niech ci je wydłubią.

Trochę przesadziłem na początku recki, bo jednak kilka zaskakujących rzeczy się tu znajdzie. Nie na miarę zakończenia „The Crying Game”, ale w sam raz w ramach pokpienia sobie z reguł gatunku i wywrócenia ich do góry nogami. Reżyser filmu, działający pod patronatem samego Wesa Cravena, oraz… Matta Damona i Bena Afflecka zadbał o to, żeby widz się nie nudził, ale też ani przez chwilę nie zapomniał o tym, że to tylkotaki dla hecy nakręcony film bez większych ambicji ponad pokazanie kolejnej śmierci w jeszcze bardziej wymyślny sposób. Taki „Atak na posterunek 13” spotyka „Od zmierzchu do świtu” nakręcony bez przejmowania się o to, czy czasem ktoś będzie po seansie zniesmaczony. Dla wrażliwych widzów wstęp wzbroniony. Dla tych, którzy odnajdują przyjemność we wszelakich „Martwicach mózgu” czy ostatnio „Evil Aliens” z pewnością pozycja, której przegapić nie wolno. 4+(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl