[„LUCKY NUMBER SLEVIN”]

O tym co znaczy powiedzenie „znaleźć się między młotem a kowadłem” najlepiej przekonuje się bohater tego filmu (Josh Hartnett), który w wyniku niefortunnej pomyłki w jednej chwili ma dokonać zabójstwa na zlecenie jednego bossa mafii (Morgan Freeman), a innemu bossowi (sir Ben Kingsley) zwrócić pokaźnej ilości dług.

Obsada jak widać wyborowa, a dodać jeszcze trzeba Bruce’a Willisa, Lucy Liu i Stanley Tucci. Co prawda obsada jeszcze o niczym nie świadczy, ale w tym przypadku okazuje się, że gdzie dobrzy aktorzy tam też dobry film. A nawet bardzo dobry.

Wśród wielu opinii widzów znalazły się i takie, że jest to jak na razie najlepszy film 2006 roku. Cóż, ocena ta prawdopodobnie jest zawyżona, ale z drugiej strony czemu nie. Szybka akcja, skomplikowana intryga, bardzo dobre dialogi (rzadkość obecnie w amerykańskim kinie), dobre aktorstwo. Same plusy. Nie ma czasu na nudę, a na dodatek wszystko to okraszone brakiem sentymentów. Bohaterowie klną, a gdy dostaną kulkę krwawią – to dla mnie zawsze jest plus. Bo nic tak nie psuje filmu jak rany postrzałowe z gatunku „4 pancerni” (złap się za brzuch żeby było widać gdzie dostałeś) i bezwzględni gangsterzy krzyczący w złości „ja piórkuję!”. Tutaj trup się ściele gęsto jak na gangsterskie filmy przystało. I bardzo dobrze.

„Porachunki”, „Przekręt”, „Podejrzani”, „Layer Cake”… wszystko co najmniej bardzo dobre filmy. Teraz do tej wyliczanki należy dopisać „Lucky Number Slevin”, dla którego reżysera Szkota Paul McGuigana jest to kolejny dobry film w karierze. Po cichu wyrósł nam kolejny Guy Ritchie. Jego poprzednie „Wicker Park”, „The Reckoning” i „Gangster No. 1” to również ponad przeciętne filmy wynika więc, ze można na to co nakręci chodzić w ciemno.

Jeden tylko słaby punkt tego filmu dostrzegam. Paradoksalnie nie jest on spowodowany samym filmem, a raczej gatunkiem, który reprezentuje. „con movies” o gangsterach mają swoje prawa i jeśli się je zna, to ciężej zostać zaskoczonym finałowym rozwiązaniem. Tutaj podobnie. Film zaskakuje, ale gdy ktoś wie czym się to je, to zaskoczenie jest mniejsze. No, ale może marudzę. Film jest bardzo dobry i już. Pierwsza połowa to straszne zagmatwanie, a druga rozwiązanie wszystkich wątków. Rzadko się zdarza film, którego ostatnie pół godziny to niespodzianka za niespodzianką. Dodając do tego zwroty akcji co pięć minut… 5(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.