„A MOMENT TO REMEMBER” [„NAE MEORISOKUI JIWOOGAE” AKA „A MOMENT TO REMEMBER”]

Su Jin właśnie przeżyła zawód miłosny, Cheol-su pracuje na budowie, której kierownikiem jest ojciec Su Jin. Przeznaczenie sprawia, że ta dwójka znajduje się w tym samym czasie oraz w tym samym miejscu i zakochuje się w sobie.

No i jak tu nie kochać koreańskiego kina? Za co się nie wezmą to wychodzą im dobre filmy. Naprawdę nie spotkałem się jeszcze z kichowatym koreańskim filmem. Fakt, że aż tak wielu ich nie widziałem, ale to nie może być przypadek, że jakimś cudem omijam te marniejsze produkcje (choć na chłopski rozum pewnie i takie się tam zdarzają). Tak czy siak czy to sensacja, czy to dramat, czy horror (komedii jeszcze nie próbowałem – boję się, bo nie trawię azjatyckiego poczucia humoru) – wszystko jest w jak najlepszym porządku. No, a teraz przyszła kolej na romans i już w ogóle mistrzostwo świata.

W zasadzie nie ma w tym filmie nic niezwykłego. Opowiada miłosną historię jakich wiele – poznali się, zakochali w sobie i żyć bez siebie nie mogli. Historia stara jak świat. A jednak powoli rozwijający się wątek miłosny wciąga i szybko zaczynamy żyć życiem filmowych bohaterów (z męskiego punktu widzenia o tyle trudniej odwrócić wzrok od ekranu, bo główna bohaterku filmu z powodzeniem mogłaby startować w konkursie na najsympatyczniejszą istotę na świecie; nie wiem czy główny bohater też tak działa na damską część widowni, bo na tym to się nie znam). Nakręcone jest to wszystko na najwyższym poziomie i nie ma się czego przyczepić choćby się bardzo chciało. Scenariusz, zdjęcia, aktorzy, muzyka (niepowtarzalna okazja usłyszenia paru znanych „kawałków” śpiewanychz koreańskim akcentem; szczególnie pewnej włoskiej arii) wszystko to składa się na magiczny film, który nawet przy sporej dozie wyobraźni ciężko jest sobie wyobrazić, że mógłby kiedykolwiek powstać u nas. Zresztą już bardzo dawno nie widziałem podobnego do „A Moment to Remember”, a może nawet i nigdy. No, a ostatnie pół godziny… to jednak trzeba samemu zobaczyć.

W zasadzie tylko jedna jedyna rzecz mi tu nie pasowała i gdybym miał możliwość to zmieniłbym ją w pierwszej kolejności – „einsteinowaty” pan doktor wyglądał jakby był wyjęty z zupełnie innej bajki.

Udało mi się obejrzeć reżyserską wersję tego filmu i bardzo dobrze, bo dłuższa jest o pół godziny od wersji „podstawowej”, a mnie jest ciężko sobie wyobrazić, które pół godziny mogłoby stąd zniknąć. Film niby o niczym, powolny i spokojny, a jednak ogląda się go jednym tchem.

PzS: 6(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.