„CZEKAJĄC NA CUD” [„NOEL”]

W Święta Bożego Narodzenia, splatają się ze sobą losy kilku nowojorczyków. Samotna Rose (Susan Sarandon) opiekuje się swoją chorą matką, od Mike’a (Paul Walker) odeszła właśnie dziewczyna (Penelope Cruz), a Z marzy o tym, aby powtórzyło mu się najlepsze przyjęcie świąteczne jakie miał w życiu. Oprócz nich mamy tu jeszcze dwóch tajemniczych mężczyzn (Robin Williams, Alan Arkin), no i parę innych mniej ważnych postaci. Wszystkich ich połączy ze sobą Pierwsza Gwiazdka.

Na prfie pisało się o tym filmie bardzo optymistycznie więc z tym większą ciekawością zabrałem się za seans. Bo wiecie, wbrew pozorom ja nie tylko lubię jak się gonią i strzelają, a krew sika strumieniami, ale też lubię cicho, spokojnie, kameralnie i wzruszająco. Ba, ostatnio nawet wolę ten drugi wariant, bo na pierwszy jestem chyba już trochę… za stary. No dobra, na gore za stary nie jestem, ale pościgi i łubudu, to albo się ostatnio skiepściło, albo we mnie leży wina.

Rozpisałem się nie na temat, bo nie mam zamiaru wysłuchiwać komentarzy, żebym „se Rambo 2 obejrzał”. A mogę się nasłuchać, bo chciałem powiedzieć, że mnie „Czekając na cud” się nie podobało i pewnie zaraz ktoś mądry powie, że, w najlepszym wypadku, nie czuję bluesa.

Dlaczego mi się nie podobało? Problem chyba leży w pierwszej połowie filmu, która zamiast mnie wciągnąć, to nawet nie tyle znudziła, co nie mogłem wyjść ze zdumienia, że tak bardzo można udziwnić scenariusz, piętrząc jedna za drugą mało prawdopodobne sceny. Gliniarz, który się oburza na partnera, bo ten twierdzi, że ów oburzony nie jest atrakcyjny dla geja; przypadkowa kobieta, która zapuszcza żurawia do obcego domu, by po chwili się szykować w ich łazience do przyłączenia się do stołu itd. Było tego sporo, nie wypisywałem :) O dużo za dużo żeby przełknąć. Na zmianę więc ziewałem i się dziwiłem skąd tyle pierdół w jednym filmie.

Druga połowa była już jak należy. Kiedy w końcu film dotarł do momentu, w którym te wszystkie nieprawdopodobne pierdoły „zeszły” się w jedną linię prowadzącą do końca, to potem już było ok. Co z tego skoro niedosyt z pierwszej połowy pozostał i nawet parę słonych kropli na koniec nie pomogło. 3(6)

Największa atrakcją filmu jest gościnny występ Robsona jako pianisty w knajpie. Trochę go postarzyli, ale z daleka Robson jak malowany! Dziwne, że się nie pochwalił, że go do Hollywoodu wzięli.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl