„ULUBIEŃCY AMERYKI” [„AMERICA’S SWEETHEARTS”]

Bycie zakochaną parą w Hollywood proste nie jest. Miłość, miłością, ale pomijając ją, to wstyd być na oscarowej gali przez kilka lat z tym samym partnerem. Nikogo więc nie dziwią wciąż nowe konfiguracje wśród znanych, aktorskich nazwisk. Tymczasem z Gwen Harrison (Catherine Zeta-Jones) i z Eddiem Thomasem (John Cusack) wydawało się, że będzie inaczej. Wspólne życie, wspólne występy w kolejnych kasowych hitach i miano ulubionej zakochanej pary Ameryki. Wszystko jednak przemija i na naszych zakochanych też przyszedł kres. Ona go zostawiła, on przeszedł załamanie nerwowe, a ich macierzysta wytwórnia została z problemem. Na problemy, szczególnie filmowe, najlepszą receptą jest dobry PR. Tak więc, gdy nad najnowszą produkcją z udziałem Gwen i Eddiego zawisło widmo klapy związanej z ich rozstaniem w życiu prywatnym, nie pozostało nic innego jak oddać sprawy związane z nadchodzącą premierą specjaliście, Lee Philipsowi (Billy Crystal), który niechętnie, ale szybko wziął się do roboty.

Dość dawno już „dybałem” na ten film, bo i Billy’ego Crystala lubię, a i reszta obsady zapowiadała się obiecująco. W końcu wpadł w moje szpony, rozpocząłem oglądanie i pierwsze pięć minut było obiecujące: lekki, przyjemny, zabawny, romantyczny filmik z gwiazdorską obsadą. No, a po pięciu minutach musiałem przerwać seans, do którego z wielką chęcią i nadziejami wróciłem jakiś czas później. Obejrzałem do końca i… to pocieszające, że nie tylko w Polsce kręcą gnioty. Znaczy z punktu widzenia widza to żadna różnica, bo gniot to gniot, a czas stracony, ale zawsze to lepiej, że nie tylko nasza rodzima kinematografia „wypluwa” z siebie od czasu do czasu coś mało strawnego. Owszem, w przypadku setek filmów kręconych w Usiech, dużo łatwiej trafić na zgnite jabłko, ale film z taką obsadą żeby był taki kiepski? Strach pomyśleć jakie marne muszą być filmy, których scenariusze lądują w koszach, skoro do produkcji trafiają takie bzdety. A może to po prostu ktoś ma zły gust?

Nie ma się co rozpisywać na temat „Ulubieńców Ameryki”. Zresztą mało co już z tego filmu pamiętam, bo minęlo trochę czasu od seansu. Jedno pamiętam i jednego jestem absolutnie pewien: film był marny ponad miarę. Miał ambicje ku temu, aby ironicznie spojrzeć na hollywoodzkie środowisko, ale na ambicjach się skończyło, bo wyszedł raczej żałosny spektakl, w którym próżno szukać jakichś plusów. Na komedię, za bardzo było to nieśmieszne, a na romantyczny film za mało romantyczne – w efekcie trudno nawet powiedzieć co to ma być. Wysiedziałem do końca, bo byłem ciekaw co też ciekawego wykręcił tajemniczy montażysta (Christopher Walken) ale i to okazało się niewarte czekania. A po filmie pozostała tylko refleksja, co też się stało z Crystalem, który spłodził scenariusz do „Ulubieńców Amerki”. Przecież chłop ma talent, nie ulega to wątpliwości, bo już nieraz to udowodnił, a tu takie coś. Nie dość, że mało śmieszne, to jeszcze momentami żałosne, tak jak w przypadku sceny z pewnym psem, czy też innej z kaktusem. Dno. 1+(6). Nie wiem za co plus.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl