„DARK WATER – FATUM” [„DARK WATER”]

Dahlia Williams (Jennifer Connelly) rozstaje się z mężem (Dougray Scott) w atmosferze kłótni i wzajemnych pretensji. Sporom zdaje się nie mieć końca, a zwaśniona dwójka robi wszystko, aby ich mała córeczka Ceci, została z jednym z nich. Póki co jednak Ceci pozostaje pod opieką matki, która bardzo ją kocha i dla której jest największym skarbem. Dahlia i Ceci zmuszone są znaleźć sobie nowe mieszkanie – wybór pada na blok mieszkalny w New Jersey. Blok ten swoje lata ma i ogólnie nie sprawia najlepszego wrażenia, ale po krótkiej wizycie w proponowanym przez agenta (John C. Reilly) mieszkaniu, Ceci z niewiadomych do końca przyczyn jest zachwycona nowym domem, a szczególnie plecaczkiem, który znalazła na jego dachu i który wkrótce może należeć do niej, jeśli tylko jego właścicielka się po niego nie zgłosi. Tyle tylko, że właścicielka plecaczka ma go cały czas na oku, a na domiar złego, będącą w nienajlepszej kondycji psychicznej Dahlię, zaczynają prześladować przewidzenia.

„Dark Water” to kolejny remake japońskiego horroru, który swego czasu na fali powodzenia „Kręgu” święcił dość spore triumfy tu i ówdzie. Kolejny niepotrzebny remake, od razu to napiszę. Sam japoński oryginał, oryginalny zbyt nie był i znów korzystał z jednego i tego samego motywu, z jakiego korzystało co najmniej dziesięć innych azjatyckich tytułów więc wydawać by się mogło, że kręcenie jego remake’u większego sensu nie ma. No, ale od czego jest Hollywood, jak nie od wmawiania nam tego, co bezsensowne jakoby było w pełni logiczne? No i się uparli i nakręcili powtórkę z rozrywki. Władowali kasę, za którą zapewne można by nakręcić ze dwadzieścia niezależnych produkcji i znów zaatakowali kina solidną porcją nudziarstwa. Ba, tak nudnego filmu jak „Dark Water” dawno nie widziałem (no widziałem „Rh+” ale to nie było nudne, bo się można było smiać z nieudolności tfurców; a tymczasem „Dark Water” jest tak nieludzko nijakie, że nawet nie ma się czego przyczepić tak na minus jak i na plus). Nawet darowali sobie podrywanie uśpionego widza typowymi sztuczkami w postaci głośnego dźwięku i znienacka pojawiającego się w oknie skrzywionego ryja. No, przynajmniej zredukowali to do minimum. Niby dobrze, ale co zrobić kiedy pozostała reszta była nudniejsza od najnudniejszego posiedzenia Sejmu?

Prawdziwy horror pojawiający się w przypadku „Dark Water” tkwi gdzie indziej, bo na pewno nie w samym filmie. Ciarki człowieka przechodzą, gdy usiłując nie zasnąć z nudów, uświadamia sobie, że jest gdzieś tam, ktoś taki, kto potrafi przekonać innych do tego, że najgorsza nuda, może się sprzedać. W tym przypadku ten tajemniczy ktoś z pewnością był mistrzem w swoim fachu, bo do tego bezgranicznego nudziarstwa przekonał bądź co bądź kwiat amerykańskiej (tej północnej jak i południowej) kinematografii (przy czym zostawmy w tym momencie rozważania na temat tego, czy Oscar to nagroda, która ma jakąś wartość, czy tylko jest wyrazem uznania jednego kolegi, dla kolegi drugiego, niezależnie od tego czy się należy czy nie). Spójrzmy: Jenniffer Connelly – Oscar; John C. Reilly – nominacja do Oscara; Tim Roth – nominacja do Oscara; Pete Postlethwaite – nominacja do Oscara; Walter Salles (reżyser jakaby ktoś nie wiedział) – Oscar. Nic dziwnego, że Dougray Scott przez 2/3 filmu był sfrustrowany z tym jego byle jakim kontem „nagrodowym”. Przy czym najbardziej żal Sallesa, który udowadnia, że nieważne co, byleby tylko w Ameryce. I ten wysyp gwiazd w „Dark Water” to prawdziwy horror, a nie ten smętny pierd, który wyszedł z ich współpracy. 1(6

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl