„CZTEREJ BRACIA” [„FOUR BROTHERS”]

Evelyn Mercer (Fionulla Flanagan) całe swoje życie podporządkowała prowadzenia domu dla rozmijających się z prawem nieletnich, jednak za jej dobre serce nie czekała jej żadna nagroda. Wręcz przeciwnie. Pewnego dnia wybrała się do spożywczaka, a tam dwaj zamaskowani bandyci podczas napadu bez litości ją zastrzelili. Po okolicy szybko rozeszły się głosy rządające wykrycia sprawców zabójstwa. Tymczasem na pogrzebie Evelyn pojawia się dawno nie widziana trójka jej byłych wychowanków (Mark Wahlberg, Tyrese Gibson, Garett Hedlund) adoptowanych przez Evelyn, a zarazem jedynych, którym nie udało się wejść na drogę prowadzącą do zostania praworządnymi obywatelami. Wręcz przeciwnie. Cała ich przeszłośc przestała być jednak ważna wobec śmierci przybranej matki. Teraz razem z wciąż mieszkającym w okolicy czwartym (Andre Benjamin) z adoptowanych synów Evelyn, postanawiają na własną rękę znaleźć zabójców swojej matki.

Bardzo lubię klimaty murzyńskiego getta w kinie i zwykle podobają mi się filmy, których akcja osadzona jest właśnie tam. „Dead Presidents”, „Menace 2 Society, czy „Boyz’n’the Hood”. Ten ostatni, wyreżyserowany przez Johna Singletona, który jest również reżyserem „Czterej braci”, zapewnił mu duży rozgłos i pozycję nadziei „czarnego kina”, która to jednak moim skromnym zdaniem w kolejnych filmach nie została przez Singletona potwierdzona. Podążył on komercyjną ścieżką reżyserując po drodze takie filmy jak „Shaft”, czy „2 Fast 2 Furious”. No, a „Czterej bracia” to taka próba połączenia tego, od czego zaczynał, razem z tym na czym skończył. Średnio udana zresztą próba.

W zasadzie jest w „Four Brothers” wszystko, co powinno sumować się w porządny film sensacyjny. Jest zemsta, są dość sympatyczni bohaterowie, jest też w końcu spora dawka akcji i jakaś tam intryga nie skupiona jedynie na strzelaniu i pościgach samochodowych. Brakuje jednak odrobiny serca włożonego w film, która pozwoliłaby widzowi bardziej wciągnąć się w przygody czterech przybranych braci. W efekcie tego, cały film jest dość wymuszony. Pościgi są wymuszone, strzelaniny są wymuszone, onelinery są wmuszone, wszystko jest wymuszone. Widać profesjonalną rękę reżysera, ale nie widać żeby miał on specjalnie emocjonalny stosunek do opowiadanej historii (który był mocną stroną w początkach kariery Singletona). W wyniku czego także i widzowi wszystko jedno jak się film skończy. Ogląda się go bez specjalnego znużenia, sporo dobrego „robi” mu zimowy klimat i trzaskający z ekranu mróz, ale nie sposób nie zauważyć, że mógł to być znacznie lepszy film. 3+(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl