RAPORT

Piątek.
Rozpoczynają się Dni Ogrodzieńca. Na placu za Domem Kultury, jakieś 200 metrów od mojego domu, na ustawionej tam scenie pojawiają się lokalne kapele. Chóry z Kromołowa, Bzowa i innych takich. Wśród nich dwa miejscowe chóry: Chór Echo chór seniorów. Jeden z nich według Cruelli nie ma pierwszego głosu, a drugi kijowy repertuar. „Stare baby, a śpiewają piosenki o miłości”. Potem zaczyna się zabawa, która mi działa na nerwy, bo jest głośno, a ja siedzę w domu i próbuję oglądać mecz o superpuchar, oraz koncert Jean Michelle’a Jarre’a. Jedno i drugie nudne.

Sobota.
Dzień rozpoczyna się od niespodzianki. Nie ma sieci. Nic nowego powiecie, ale tym razem było inaczej, bo w ogóle nic nie było. Jak gdyby nadajnik wysadzili w powietrze kosmici. Nie podoba mi się to. Obchody Dni Ogrodzieńca zostają przeniesione na Zamek, a na nim ma występować kabaret Dno i gwiazda wieczoru Hey. Zwykle łazimy całą rodziną na takie pierdoły. To znaczy rodzinka łazi, a mnie się nie chce. Tym razem mi się zachciało, to… rodzinka nie poszła. Po długich kłótniach i perturbacjach macham ręką i wypinam się na Heya. Nie chce mi się samemu na nogach drałować i samemu tam stać. Szanse na znalezienie kogoś znajomego znikome. Zostaję w domu. Koło 19ej pojawia się sieć, ale tylko na parę minut. Ale za to z niespotykaną siłą! Dzień mija mi na graniu w Championship Managera i tłumaczeniu kolejnych napisów do filmu. Tym razem „Dusiciel z Bostonu” [„The Boston Strangler”]

Niedziela.
Dzień rozpoczyna niespodzianka. Jest sieć. Jest i na dodatek zasuwa jak nigdy wcześniej. Przez następne dwadzieścia cztery godziny ściągnie się ponad 700 mega różnych rzeczy. Będę w siódmym niebie. Wieczorem prażonki u wujostwa. Słucham plotek o sąsiadach, oraz narzekania na organistę, który przemyca do kościoła kawałki z Radia Maryja i wracam wieczorem z lekka znietrzeźwiony.

Poniedziałek.
Dzień rozpoczyna się od niespodzianki. Sieć wciąż jest i wciąż śmiga. Do południa. Potem zastój. Reszta dnia przynosi niespodziewane spostrzeżenie, że całkiem fajnie się ściąga cokolwiek z torrentów, a poza tym reszta marnie. Strony marnie, newsy marnie, wszystko marnie. Koło szesnastej zostaję wezwany na pomoc przy komputerze. O dziwo znów udaje mi się pomóc, co tylko wzmaga moją samoocenę. Wieczór tradycyjny.

Wtorek.
Trwa.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl