OGRODZIENIEC 2005 (3)

W knajpce z przerażeniem stwierdziliśmy, że siedzimy w naście osób przy jednym tylko piwie. Wstyd. Poszedłem żeby sobie coś kupić, a gdy wyszedłem z półlitrową Fantą, wtedy ideał sięgnął bruku. Nie dane mi jej było jednak w spokoju wypić, bo reszta postanowiła, że choć jeszcze czas, to trzeba iść na obiad. Poszliśmy i od tego momentu zaczął się dla mnie koszmar. Dania były zamówione, a nie było jeszcze wszystkich, którzy mieli je zjeść. Nie uśmiechało mi się płacić z własnej, pustej kieszeni za to wszystko co nie zjemy, a zamówione.

Dwie kelnerki, które nas obsługiwały, pewnie szybko nie zapomną tego dnia. Oprócz tego co zamówione, zamówiliśmy (no grupa zamówiła, bo ja to akurat nic nie jadłem) drugie tyle, a na dodatek dokonaliśmy rewolucji w sposobie płacenia za posiłek (konkretnie qurtis jej dokonał, one myślały, że zapłacimy w kupie, a qurtis powiedział, że nie, każdy stolik będzie płacił za siebie – za rok qurtis zamawia knajpę!) więc nic dziwnego, że co chwila nie mogły skumać, co mają zapisane na karteczkach i nie rozróżniały tego co zamówione od tego co domówione. Ja zbladłem, gdy na stół wjechał barszcz czerwony, który miał zjeść Vojtas. A Vojtasa nie było.

Po Vojtasa, Jara i MarkaZ pojechał już Robson, ale wciąż ich nie było. Poprosiłem kelnerkę żeby przytrzymała zupę na ogniu, a ona się zgodziła. Ach, byłbym zapomniał! Chwilę wcześniej całkowicie rozłożył mnie KoniAK swoją opowieścią, której był świadkiem. otóż KoniAK widział co następuje: Shivo podszedł do baru i mówi:
– Poproszę piwo.
W tym momencie napatoczył się qurtis, który stwierdził:
– A dowód mu pani sprawdziła?
Shivo niezrażony spojrzał z wyrzutem na qurtisa i mówi:
– Taaatooo…

W międzyczasie nadjechał Robson z ładunkiem. MarkZ miał na twarzy maskę, ale łatwo Go było poznać, bo maska ta była bardzo do niego podobna. Nie dało się odczuć za dużej róznicy, gdy ją w końcu zdjął. Parę niedźwiedzi i zaczęło się ucztowanie. Grupa sprawnie zjadła, co miała do zjedzenia (qurtis wsunął placka Kropki) i można było wracać. Szkopuł w tym, ze wciąż nie było trzech osób, na które czekała zamówiona cielęcina w sosie z kurkami. Nikt się tym oczywiście nie przejmował poza mną. No i szczerze mówiąc do trochę ponad 17ej struło mi to całe G.

Na dwa razy dojechaliśmy na Krępę i zaczęliśmy rozbijać namioty. Wszystko poszło sprawnie i nic nie stało na przeszkodzie żeby rozpocząć grupowe właściwe. W ruch poszły prezenty. Jak zwykle dostałem zajebiste rzeczy – piersiówkę z dedykacją od KARO i Robsona, adekwatny do sytuacji rysunek Mleczki od Agnieszki i Bagsika, okulary słoneczne od Jara i MarkaZ, filmy od Vojtasa i całe morze alkoholu. Dziękuję pięknie jeszcze raz :* (Zapomniałem o czymś?)

CDN

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl