OGRODZIENIEC 2005 (2)

W Zawierciu najpierw zobaczyłem KARO, Robsona i KoniAKa. Poinformowali mnie, że Małżeństwo przyjechało przed chwilą pociągiem o 10:30. Powiedzieli mi też, że Luc słał do mnie smsy z informacją, że będą później, no i z tym, co chcieli zamówić w Knajpie Jurajskiej. Szkopuł w tym, że ja nie mam już komórki od ponad roku. Chwilę potem dojechały Oliki i byliśmy w komplecie. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na Krępę.

Potem nie działo się nic ciekawego. Znaczy się wszystko standardowo. Siedzieliśmy na Krępie, czekaliśmy na resztę grupowiczów i gadaliśmy o pierdołach. KoniAK wyciągnął swoje zajebiste, żółte, oryginalne, amerykańskie frisbee (nie wiem jak się to pisze) i próbował nas nim zainteresować. Nie udało mu się to, a i entuzjazm Mu osłabł, gdy postanowiliśmy sprawdzić w praktyce czy frisbee się nie złamie, gdy nim trafić w drzewo. Nie złamało się, ale frisbee i tak zniknęło na dłuższy czas ze sceny.

Tymczasem grupka się powiększała. Dojechali Fajowiutka, Joaś, qurtis i jeDrASS w jednym samochodzie, oraz Agnieszka, Stan, Bagsik i Shivo w drugim. Szczególne zainteresowanie wzbudził Karol, o którym przecież ostatnio nakręcono kasowy film. Niektórzy z nas widzieli się po raz pierwszy w życiu, a dla większości było to kolejne spotkanie więc przez nastepne dziesięć minut było o czym gadać.

Obiad zamówiony był na 14ą, a nam zostały jeszcze dwie godziny. Cała Krępa była dla nas, ale ludzie powoli zaczęli się zjeżdżać więc Karolina zaproponowała żeby za wszelką cenę pilnować najlepszych miejsc przy stoliku. Niby podzielaliśmy Jej zdanie, ale na spacer wokół stawu się przeszliśmy. W stawie Robson wyłowił wieczko po pudełku z popcornu i udawał, że to frisbee. KoniAKowi nie było do śmiechu. Potem wróciliśmy do pilnowania ławek i stołu, ale coraz częściej zaczęły dochodzić głosy, że może lepiej jechać na zamek, którego Stan i jeDrAS jeszcze nie widzieli. Tylko co zrobić żeby nikt nam strategicznych miejsc nie zajął? Nie wymyśliliśmy nic, choć padały ekstremalne propozycje żeby na przykład nasrać na ławki i stolik. Mistrzem ceremonii miał być Robson, ale widocznie stchórzył, bo na zamek pojechaliśmy, a ławki pozostały nietknięte.

Pod zamkiem połowa grupy poszła na piwo (wszyscy suę strasznie zmęczyli, bo stanęliśmy trochę dalej od zamku i, o zgrozo!, trzeba było iść kawałek z buta), a druga połowa przeszła się dookoła zamku. Trasa prowadziła przez drzewa, krzaki i inne zielone ustrojstwa, nic więc dziwnego, że mniej wytrzymała część grupy po pooglądaniu ładnych widoków, do których zaprowadziła nas KARO (ja nie narzekałem na widoki także i podczas tej wycieczki, bo cały czas szedłem za KARO) postanowiła wracać. Szczególnie, że wyglądało na to, iż przed nami dłuższa droga do knajpki, w której siedzili ci, którzy pozostali. Pozory mylą. Wytrwała część grupy doszła tam jako pierwsza.

CDN

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl