„VERA DRAKE” [„VERA DRAKE”]

Wyst. Imelda Staunton, Phil Davis, Peter Wight, Alex Kelly, Daniel Mays, Adrian Scarborough, Jim Broadbent
Reż. Mike Leigh
Scen. Mike Leigh
Zdj. Dick Pope
Muz. Andrew Dickson
Ocena: 4+(6)

Londyn, rok 1950. Vera Drake jest starszą panią, która zawsze ma dobry humor, wiecznie się uśmiecha i nigdy nie zamyka jej się buzia. Choć żyje skromnie, to jest bardzo zadowolona ze swojego życia u boku kochającego ją męża i dwójki dzieci – przebojowego syna i zahukanej córki. No, a gdy od czasu do czasu ma jakieś problemy, to święcie wierzy w to, że na zmartwienia najlepsza jest filiżanka gorącej herbaty. Vera ukrywa jednak przed wszystkimi pewną tajemnicę, która może przynieść jej wiele złego. No, a skoro zrobili o niej film, to możemy być pewni, że przyniesie.

Wielki, obyczajowy nudziarz Mike Leigh, powrócił triumfalnie na ekrany kin ze swoim nowym filmem, który z miejsca został doceniony i spłynął na niego deszcz nagród. I słusznie, bo to kino obyczajowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Drobiazgowo wykonana robota, pozwoliła reżyserowi pokazać widzom starannie nakręcony obraz, opowiadający o ciężkich czasach tuż po wojnie, w których choć wyraźne są jeszcze podziały społeczne, to niektóre problemy są wspólne i nie jest prosto sobie z nimi poradzić.

Udało się reżyserowi poprzez skontrastowanie wiecznie uśmiechniętej i życzliwej Very z tym, czym się zajmuje, pokazać całą złożoność problemu, o którym opowiada film. Oczywiście film nie jest li tylko o tym jednym, konkretnym problemie, ale to również swoista kronika, dzięki której możemy lepiej poznać świat, w którym żyje Vera. Na dwie godziny seansu przenosimy się do Londynu z początków lat pięćdziesiątych i do końca tam zostajemy. Widz nie pozostaje obojętny na to co obejrzał, a przecież po to kręci się filmy, żeby coś przez nie przekazać i zmusić widzów do myślenia. A „Vera Drake” do takich rozmyślań zmusza. Leigh nie odpowiada na żadne pytania – on tylko opowiada historię. Reszta należy do widza.

„Vera Drake” jest jednak filmem ciut za długim i w efekcie im bliżej końca, tym bardziej nudzi. Już wcześniej udało się reżyserowi powiedzieć to, co miał do powiedzenia więc myślę, że nie było za dużego sensu przeciągać w nieskończoność zbliżeń twarzy zasmarkanej Very i filmować w pooowooolnym tempie wnętrza jej mieszkania i siedzących za stołem domowników. No, ale może to minus tylko dla mnie, mimo wszystko zwolennika jakiejś akcji na ekranie. Kto wie, inni może się zachwycą tym rozwlekaniem atmosfery, zresztą taki jest styl Leigha więc czego innego się spodziewać. Jeśli chodzi o mnie, to dla mnie „Vera Drake” jest dużo lepsza od osławionych „Sekretów i kłamstw”, których nigdy nie udało mi się przetrwać do końca.

No i jeszcze duży plus dla osób odpowiedzialnych za casting do filmu. Imelda Staunton zasłużenie została nominowana do Oscara, ale również cała reszta obsady została dobrana perfekcyjnie. Hehe, w życiu tylu charakterystycznych twarzy nie widziałem w jednym miejscu – sprawiali wrażenie, jak gdyby dla potrzeb filmu został zbudowany wehikuł czasu, dzięki któremu przywleczono na plan kilkunastu Londyńczyków z 1950 roku. Tak, macie rację, nigdy nie widziałem Londyńczyka z 1950 roku, ale mam nieodparte wrażenie, że wyglądali właśnie tak, jak w „Verze Drake”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.