[„NOISES OFF”]

Lloyd Fellows (Michael Caine) jest reżyserem teatralnym. Aktualnie pracuje nad wystawieniem angielskiej farsy pod tytułem „Nothing On”, razem z aktorami teatru w Des Moines. Docelowym celem tej trupy aktorskiej jest wystawienie sztuki na Broadwayu, ale do tego jeszcze daleka droga. Najpierw czeka ich męcząca podróż przez teatry całej Ameryki. A jeszcze wcześniej czeka ich generalna próba, dzień przed premierą, która to próba nie wydaje się, aby miała zakończyć się nadzieją na to, że wszystko podczas premiery pójdzie ok.

No i właściwie o fabule tego filmu nie ma co więcej pisać, bo pierwsza jego połowa to próba generalna przedstawienia, a druga połowa to kilka osobliwych przedstawień z trasy sympatycznej grupy. Co broń Boże nie oznacza, że film jest nudny i nic się w nim nie dzieje.

Akcji w tej sympatycznej komedii więcej jest niż w niejednym filmie sensacyjnym. Co chwila coś się dzieje, a na ekranie momentami panuje prawdziwe urwanie głowy, a niespodziewane sytuacje mnożą się w postępie geometrycznym. Czasem aż trudno za wszystkim nadążyć. „Noises Off…” to arcydzieło reżyserskie, które o jego reżyserze Peterze Bogdanovichu świadczy jak najlepiej. Zresztą reżyser to znakomity więc nie ma się co dziwić. W końcu przed „Noises Off…” udowodnił to nie raz, nie dwa. Niemniej jednak okiełznanie tego chaosu dziejącego się na scenie podczas przedstawienia, a jeszcze większego w kulisach, wymaga prawdziwej maestrii. A że z tego zadania Bogdanovich wywiązał się na szóstkę z plusem, to mamy do czynienia z filmem, który jest prawdziwą perełką wśród komedii, która osiąga momentami poziom tak wysoki, że dzisiejsze komedie powinny się spalić dziesięć razy ze wstydu.

Jedynym miniminusem są tutaj aktorzy. Obsada jest bardzo dobra i praktycznie każda rola obsadzona jest przez znane nazwisko (smutne jest to, że wielu aktorów z obsady już nie żyje choć film nie jest tak stary, bo z 1992 roku; Denholm Elliot dla którego była to ostatnia rola filmowa, John Ritter, Christopher Reeve), ale widać, że momentami nie nadążają za wszystkim i zapominają o tym aby grać, a po prostu skupiają się na tym żeby być we właściwym miejscu o właściwej porze. Szczególnie dobrze to widać w porównaniu do znakomitego jak zawsze Michaela Caine’a. Przy nim reszta obsady błądzi jak dziecko we mgle.

Gorąco polecam. „Noises Off…” to film z gatunku tych niepowtarzalnych.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.