„DZIEWCZYNA Z JERSEY” [„JERSEY GIRL”]

Oliver Trinkle (Ben Affleck) ma wszystko, co mógłby sobie tylko wymarzyć. Jest młody, ma opinię jednego z najlepszych speców od public relations w branży muzycznej, a pełni szczęścia dopełnia zakochana w nim dziewczyna u boku (Jennifer Lopez). Pobierają się, ona zachodzi w ciążę, rodzi śliczną dziewczynkę i… umiera na porodówce. Ollie wpada w rozpacz, a wszystko co złe zwala na swoją córkę, podrzucając ją swojemu ojcu, a samemu rzucając się w wir pracy. Sytuacja ta jednak nie trwa długo. Ollie podczas jednej z konferencji zapomina się, mówi to, czego nie powinien był powiedzieć i wylatuje z hukiem z pracy. Mija kilka lat.

To prawdziwa ulga zobaczyć w końcu film Kevina Smitha bez tego idioty Jaya w jednej z ról głównych. Jestem wielkim fanem Kevina Smitha i jeszcze nie widziałem złego filmu w jego reżyserii, ale im więcej na ekranie było Jaya, tym mniej tego przygłupa lubiłem. W „Chasing Amy” było go niewiele i od razu wyszedł z tego najlepszy film Smitha, a we wszystkich innych grał już niemal pierwsze skrzypce i choć filmy nadal były świetne, to gdyby go wyciąć byłyby jeszcze lepsze. No, ale daj Boże wszystkie filmy tak dobre jak te Smitha, w którym jedynym minusem byłaby jedna z postaci.

„Jersey Girl” to w ogóle film inny niż wszystkie z dotychczasowej twórczości Smitha. Niemal familijny, nie pozbawiony jednak charakterystycznych dla Smitha elementów, odwołań do popkultury, oraz ulubionych przez reżysera aktorów. Jest Ben Affleck, jest Matt Damon, jest George Carlin, jest Jason Lee… za to po raz pierwszy nie ma w obsadzie obecnego we wszystkich dotychczasowych filmach Smitha, Briana O’Hallorana. Inny, nie znaczy jednak, że gorszy. Inaczej: inny, nie znaczy jednak, że zły. Bo, że gorszy od „Clerksów” czy „Chasing Amy” to na pewno, tyle, że po prostu tamte filmy stanowią klasę dla siebie i ciężko zrobić coś lepszego. Zresztą porównanie chyba bezsensowne, bo filmy te są tak różne od „Jersey Girl”, że nie ma ich co porównywać.

Ja tam się cieszę, że Smith wyłamał się z Jayowo-SilentBobowych więzów (nie na długo jednak jak wskazuje jego „nadchodząca” filmografia) i zrobił coś nowego. Szczególnie, że sympatycznie się to wszystko ogląda i człowiek nie żałuje spędzonego przed ekranem czasu. No przynajmniej ja nie żałowałem. Lubię takie sympatyczne, leciutkie filmiki i mam frajdę z ich oglądania. Wolę je nawet od krwawych jatek, a to coś znaczy! :) Wyobrażam sobie, że niektórzy fani pewnie uważają takie filmy za zdradę ideałów reżysera, ale moim zdaniem to tylko zwykłe brednie. Zresztą fanom to ciężko dogodzić. Zawsze im coś nie pasuje. Choćby Jennifer Lopez w epizodzie. Mnie tam takie rzeczy nie przeszkadzają. Jedyne co mi się nie podobało było w napisach końcowych, w których Kevin dziękował Harveyowi (Weinsteinowi, producentowi filmu) za znakomite pomysły. Zajechało mi to straszną wazeliną, o którą Smitha nie podejrzewałem.

Bardzo fajny film i tyle. Świetna dziewczynka w tytułowej roli, młoda jeszcze, a już lepsza aktorka od Bena Afflecka :) Afflecka, który tak, aktorem jest marnym, ale gdy się go lubi to te jego uśmieszki zawsze tam gdzie nie trzeba, nie przeszkadzają :) Zresztą jak na niego to był tutaj całkiem niezły.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.