Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

BAD WEATHER CONDITION

Warunki pogodowe jakie panują dnia dzisiejszego na drogach, przypominać mi już chyba do końca życia będą, wyjazd na pierwsze spotkanie grupowe Bocznicy. Wtedy, podobnie jak i teraz, drogi zasypane były śniegiem, a śnieg tworzył mokrą i śliską ciapę wyjeżdżoną jedynie wąskimi pasmami kół, a piętrzącą się zaraz obok na kilka centymetrów w górę. No, a na dodatek oczywiście padał śnieg. A było to tak:

Pierwsze Grupowe Bocznicy miało odbyć się w schronisku na Rysiance. Aby się tam dostać, należało najpierw wsiąść w pociąg do Żywca, który odjeżdżał z dworca w Zawierciu parę minut po godzinie szóstej rano. Z Zawiercia podróżować miałem razem z Robsonem, a następna część bandy miała się dosiąść w Kacowicach. Robson do Zawiercia przyjechał w okolicach piątej rano więc i ja sie tam zjawiłem żeby chłopak nie czekał sam. Przywiózł mnie na dworzec mąż Cruelli i pojechał z powrotem do domu. Ja jakoś zlokalizowałem Robsona, a On mnie (widzieliśmy się wtedy pierwszy raz w życiu, nie licząc zdjęć), przywitaliśmy się i zaczęliśmy czekać na pociąg.

W Zawierciu na dworcu są dwa perony. Z pierwszego nie odjeżdżają pociągi do Katowic więc my udaliśmy się na peron drugi sadowiąc się na ławce i gadając. Odjeżdżałem stamtąd już tyle tyle razy do Katowic, że nie było strachu co by pociąg nam mógł uciec niezauważony. Gadamy i gadamy, a tu nagle słyszymy damski głos z megafonu:
– Pociąg z Zawiercia do Żywca przez Katowice ble ble bel podstawia się na tor pierwszy przy peronie trzecim.
Ucieszyliśmy się, bo zaczęło się nam robić coraz chłodniej od tego siedzenia na mrozie (w końcu była zima) i czekamy na zapowiedziany pociąg. Minęło parę minut, gdy słyszymy znajomy nam już głos z megafonu:
– Pociąg z Zawiecia do Żywca przez Katowice ble ble ble stoi na torze pierwszym przy peronie trzecim.

Spojrzałem na Robsona, Robson spojrzał na mnie. Obaj widzieliśmy to samo, czyli to, że żadnego pociągu na torze nie ma. Ani na jednym w stronę Katowic, ani na drugim w stronę Częstochowy. Uznaliśmy, że pani się coś pomyliło i że pociąg pewnie dopiero wjeżdża na peron. Zaczęliśmy więc dowcipkować:
– Patrz Robson, niewidzialny pociąg.
– No. Pierwszy raz taki widzę.
– Tak, ja też. Nie wiedziałem, że technika tak poszła do przodu.
– Tylko musimy uważać jak będziemy wsiadać, bo nie widać drzwi, a jak w nie, nie trafimy, to możemy wpaść pod niewidzialny pociąg i nas przejedzie.
– Cha cha cha cha.
– Cha cha cha cha.

I tak sobie siedzieliśmy dowcipkując, aż tu nagle słyszymy głos z megafonu:
– Pociąg z Zawiercia do Żywca przez Katowice ble ble ble odjeżdża z toru pierwszego przy peronie trzecim.
Sytuacja zaczęła się robić niezbyt śmieszna, bo żadnego pociągu na torze nie było ani wcześniej, ani teraz, ani w ogóle. Czyżbyśmy byli w jakimś odcinku „Twilight Zone”? Wtem Robson pokazuje palcem w stronę odległego o parę metrów wygwizdowa i jadącego tam powoli pociągu.
– A to nie nasz pociąg.
– O kurwa! – Zakląłem.
Tak, to rzeczywiście był nasz pociąg, który odjechał bez nas z peronu, którego faktu istnienia nie znałem. Zresztą każdy, komu pokazuję ten peron twierdzi, że tam nie ma żadnego peronu tylko szczere pole. Niestety, peron jest i to właśnie z niego odjechał nasz pociąg. W końcu głos z megafonu mówił wyraźnie: „tor pierwszy przy peronie trzecim”. A my siedzieliśmy na ławce na peronie drugim i nagle zaczęło do nas docierać, że sytuacja robi się niezbyt ciekawa.

Nie było mowy żeby jechać następnym pociągiem. Pociąg do Żywca (zresztą ten sam niewidzialny, który nam uciekł) odjeżdżał z Kacowic parę minut po siódmej, czyli mieliśmy godzinę, aby dostać się do Kacowic. Trzeba było działać. Zadzwoniłem do męża Cruelli żeby nas zawiózł do Kacowic. Zły był, bo spał jeszcze i trochę się nasłuchałem pod swoim adresem. No, ale rzucając gromy, że drugi raz do Z-cia musi jechać i że jest rano i to i tamto, powiedział, że jedzie. Tyle tylko, że z samego O-ca do Z-cia to jakieś dwadzieścia minut drogi w takiej pogodzie jaka była wtedy, a gdzie tam jeszcze do Kacowic. Mieliśmy czterdzieści minut żeby przebyć drogę z Z-cia do Kacowic, co przy normalnej pogodzie nie jest wyczynem, ale przy błocie wysokości dziesięciu centymetrów stawało się mission impossible. No, ale nie było wyjścia. Trza było zaryzykować.

Mąż Cruelli przyjechał, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w pogoń z czasem. Warunki do jazdy były okropne – wszyscy jechali 40-60 na godzinę, a my ziuum mijaliśmy wszystkich w pośpiechu patrząc co chwilę na zegarek. Nikt wtedy nie słyszał o oponach zimowych więc podróż była jeszcze bardziej niebezpieczna. Na szczęście jednak jakimś cudem udało nam się dotrzeć na czas. Na pięć minut przed odjazdem pociągu zadzwonił do nas kumpel i pyta, gdzie jesteśmy. No, a my akurat skręciliśmy nie w ten zakręt co trzeba i musieliśmy objeżdżać kawałek Kacowic żeby podjechać pod dworzec. Były jakieś dwie minuty do odjazdu pociągu, gdy wbiegliśmy przez wejście z dużym zegarem nad nim. Tutaj czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Nasi bocznicowi znajomi stali sobie pod kasami biletowymi i gadali w najlepsze. Pociąg miał odjechać za minutę, a do peronu od kas jest jeszcze kawałek drogi do przebycia. No, ale oni zamiast leżeć na torach i nie dać pociągowi ruszyć (jedynemu, który nam pasował – po drodze jeszcze jedna ekipa miała się dosiąść) stali sobie trzysta metrów od peronu i gadali jak gdyby nigdy nic. No, ale koniec, końcem zdążyliśmy i pociąg odjechał z nami na pokładzie.

Mąż Cruelli wracając wtedy z Kacowic już powolutku i niespiesznie, miał w drodze powrotnej niewielki wypadek. Na szczęście obyło się bez zniszczeń żadnych, poza minipsychicznymi. Zadziwiająca jest ironia losu – wcześniej gnaliśmy na złamanie karku w takiej samej pogodzie i nie było problemów.

Dlatego też plucha na drodze taka, jaka jest dziś, już zawsze będzie mi się kojarzyć z tamtym szalonym dniem, w którym nie były to ostatnie atrakcje. W końcu cała bocznicowa banda, która zjawiła się na tym Grupowym, widziała się wtedy po raz pierwszy raz w życiu na własne oczy. Do dwudziestej mało kto był trzeźwy :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.