SYLWESTER, CZTERY LATA TEMU

(2000/01)

Było wtedy już ze mną i z Gusią bardzo źle, ale żadne z nas nie dopuszczało najgorszych myśli do siebie. Świętego z siebie robił nie będę i przyznam, że z mojej winy było źle, choć nie chcę wdawać się w szczegóły (nie zdradziłem Jej w każdym bądź razie – choć tyle mam na swoją obronę). Niezależnie od tego, Sylwestra jakiegoś pasowałoby urządzić. Tym razem jednak Gusia powiedziała, że ma już dość siedzenia ze mną sam na sam u Niej w pokoju, choć jak znam życie to bardziej słowa Jej Mamy były. No, ale nie miałem zamiaru stroić fochów tylko wymyślić cóż by tu wymyślić 😉 Prochu nie wymyśliłem, bo Nobel nie jestem i zostałem przy modelu powszechnym spędzania Sylwestra – czyli o balu. Na sam dźwięk słowa „bal” robiło mi się niedobrze, ale cóż było począć. Albo bal z Gusią, albo figa z makiem.

Akurat w tym samym czasie spotkałem się z Komandosem, bratem Dropsika, który poskarżył się, że nie mają z Całką (wtedy Jego przyszła żona, dzisiaj żona obecna) żadnego pomysłu co do Sylwestra. I tak zrodził się pomysł, że może spędzimy go razem we czwórkę wpychając się na jakąś sylwestrową imprezę. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Zarezerwowaliśmy stolik dla czterech osób w zawierciańskiej Rivierze. Tak to się chyba nazywało. Była (jest) to sala bankietowa wynajmowana na różne okazje takie jak studniówki czy właśnie bale sylwestrowe. W godzinę W podjechaliśmy na miejsce razem z Tatą Gusi (Komandos z Całką dojechali chwilę później) i zaczęliśmy balować.

Nie bawiłem się za dobrze, bo oprócz naszej czwórki nie znałem tam nikogo, a ja źle czuję się będąc anonimowym w anonimowym tłumie. Siedzieliśmy przy stole, wcinaliśmy co nam dali, a w przerwach pląsaliśmy na parkiecie. I tak do rana.

To był ostatni dobry dzień z Gusią. Potem była już równia pochyła, która zresztą zaczęła się jeszcze tej sylwestrowej nocy, gdy z Gusi wywietrzały resztki wypitego w malutkich ilościach alkoholu. Dopóki nie wywietrzały śmiała się do mnie, tak jak dawniej, przytulała w tańcu, tak jak dawniej i pozwalała całować, tak jak dawniej. Po noworocznych życzeniach wszystko zaczęło być już nie tak i takim pozostało do samego końca.

Z tego Sylwestra pochodzi jedyne zdjęcie jakie mamy razem ja i Gusia. Byliśmy ze sobą cztery lata, a mamy tylko jedno wspólne zdjęcie. Zdjęcie, które zresztą nie w moim, ani nie w Gusi albumie ze zdjęciami leży. Ma je Komandos. Nie mam w sobie tyle siły żeby o nie prosić…

Wspomnienia powrócą w notce o Sylwestrze 2001/02.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl