„SKY KAPITAN I ŚWIAT JUTRA” [„SKT CAPTAIN AND THE WORLD OF TOMORROW”]

Ameryka, lata trzydzieste (chyba, nie chce mi się sprawdzać na pewno :) ). Zycie toczy się jak codzień aż tu nagle nad miastem pojawiają się ogromne machiny latające. Ludzie spoglądają w górę z przerażeniem obserwując, że machiny zaczynają lądować, a po chwili niczym Transformersy przemieniają się w machiny kroczące, spacerując sobie ulicami miasta. A że są ogromne, to i niszczą wszystko co napotkają na swojej drodze. Nie ma wyjścia, trzeba dzwonić po Sky Kapitana (Jude Law), bohatera nad bohaterów zasiadającego za sterami swojego legendarnego myśliwca. Sky Kapitan jak przystało na bohatera nie daje się długo prosić i po chwili jest na miejscu i strzela z zapałem do metalowych potworów. A z ziemi na to wszystko patrzy blondwłosa dziennikarka (Gwyneth Paltrow) i oczom nie wierzy.

Oj szkoda. Wielka szkoda, że zmarnowano taki fajny pomysł. Fajny i oryginalny. No, a zmarnowano go strasznie, co żal czyni jeszcze większym. Mogło być tak pięknie, na co zapowiadały początkowe minuty, a potem było coraz gorzej, coraz gorzej… aż do głupoty całkowitej. No niestety – nie wymagajmy od Amerykanów za wiele. Pewnie doszli do wniosku, że skoro cały film wygenerują na komputerze (poza aktorami, którzy w całości zagrali „na” blueboxie) to już należą im się brawa i owacja na stojąco. Nawet jeśli scenariusz po drodze się rozpłynie w niebycie. Cóż. Może się kiedyś doczekamy, że forma pójdzie w parze z treścią. Na razie forma rządzi, a treści brak.

„Sky Kapitan…” to kino stylizowane na filmy powstające w latach 30ych, oraz trochę po wojnie, w dobie dobrobytu, ale i strachu przed zimną wojną i potworami. Począwszy od czcionki z tytułem (no i samego tytułu), a skończywszy na postaciach. Mamy tu więc wyjętą prosto z filmów Franka Capry dziennikarkę o wyglądzie Grety Garbo, czy hasającego w prochowcu (gdy nie siedzi za sterami) niczym Humphrey Bogart, bohatera walczącego ze złem rodem z kosmosu zdawałoby się, a reprezentowanego przez przeróżne machiny, którymi faszerowane było kino sf. w latach 50ych czy 60ych. To wszystko w połączeniu z perfekcyjną techniką daje oszałamiający efekt (choć ciut niewyraźny) i jest na co popatrzeć. No, ale niestety scenariusza brak, a sama końcówka i pewna wyspa to już przegięcie wszystkiego.

Sama postać Sky Kapitana przypadła mi bardzo do gustu. Fajny to facet, wrażliwy na punkcie swojego samolotu no i odważny kiedy trzeba. Natomiast Gwyneth Paltrow się wyraźnie tu dusiła, bo położyła swoją rolę i nie włożyła w nią nic a nic potrzebnego serca i ochoty. Zresztą to samo Angelina Jolie, która po prostu była chwilę na ekranie, wzięła pieniądze i poszła do domu.

Generalnie więc więcej minusów niż plusów ma ten film. Podobną frajdę mamy z oglądania demo gier z tą różnicą, że demo nie zdąży znudzić, bo nie trwa półtorej godziny.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.