NOCĄ

Trzeba by coś napisać, aby tradycji stało się zadość, tylko co? Alter Ego śpi, albo przynajmniej udaje (jeśli tak to odgłos chrapania naśladuje idealnie) więc nie mam sumienia go budzić i zmuszać do rozmowy – wyśpi się, wypocznie, to się go jutro pogoni do inteligentnych, lub trochę mniej, rozmów. A teraz? A teraz to mi się siku chce więc wybaczcie na moment.

Ufff. Od razu przyjemniej. Żeby mi się jeszcze tak spać chciało jak siku, to by było idealnie. A tu po drugiej, a ja na pełnych obrotach. I co tu robić? Wiercić się w łóżku próbując zasnąć? Nieee, to nudne jest. Z drugiej strony raczej wątpię żeby w ciągu najbliższych dwóch godzin zaatakował mnie sen. Więc co robić?

Z tego wszystkiego wzięło mnie na wspominki. Piątek już bowiem mamy, a kiedyś, dawno temu, piątek był najszczęśliwszym dniem mojego tygodnia. Na piątek się czekało, do piątku godziny i dni mijały przeraźliwie wolno, a gdy w końcu nadchodził, to wydawało się, że do siedemnastej nie sposób się doczekać. Dzisiaj piątek jest dla mnie dniem tygodnia takim jak wszystkie inne, ale wtedy… Człowiek pucował się, czesał ładnie, golił, choć golić się nie lubi i nie lubił i biegł w te pędy do Gusi, która w ferowrze nauki najpierw do matury, potem do egzaminów na studia, a jeszcze później do egzaminów już na tych studiach, tylko w piątek miała dla niego czas. Między siedemnastą, a czasem nawet i drugą w nocy, to był najmilej spędzany czas w moim życiu. Esencja całego ówczesnego tygodnia. Ech… I tylko wracać od Niej późną nocą się bałem, bo ulicą wracało się ciemną, a ja się naczytałem głupot o Człowieku-Molu z Zachodniej Wirginii i tylko czekałem kiedy zafurkoczą za mną jego skrzydła i mnie pożre ta ponad dwumetrowa bestia. Nie tylko ignorancja jest błogosławieństwem – brak wyobraźni również.

Chciałbym kiedyś opisać tę historię, historię Gusi, po kolei, od samego początku zamiast wydłubywać z jej całości jakieś epizody, ale nie wiem czy miałbym siłę i samozaparcie żeby to zrobić. Opisać to wszystko dla siebie, żeby nie zapomnieć nigdy (nawet jeśli Gazeta padnie to ja i tak kopie wszystkich notek mam na twardym dysku) i na zawsze pozostawić w pamięci, bo pamięć jest zawodna mimo wszystko. No, ale chyba nie stać mnie na to. Zresztą: było, minęło, nie wróci. Gusia i tak żyje na kartkach normalnego pamiętnika (choć wtedy nie pisałem go już tak regularnie), Gusia żyje w listach, których całe sterty leżą nie tak znowu daleko ode mnie, Gusia żyje na kilku zdjęciach jakie się uchowały (nie mam żadnego zdjęcia razem… jedyne znane mi takie zdjęcie obecnie jest w Stargardzie Szczecińskim o ile mnie mój bank informacji nie myli) więc po co ożywać ma jeszcze tutaj? Bo to fajna historia? No fajna, ale end wcale nie happy już i tak znacie. Sam nie wiem. Może kiedyś.

Nie wiem czy to głupota, czy ja po prostu jestem niepoprawnie romantyczny, ale mimo tego, że od tamtych piątków minęło już tyle czasu, to ja wciąż robię jedną rzecz. Zawsze, ale to zawsze, gdy jadę gdzieś samochodem, to przejeżdżam koło domu Gusi, w którym spędziłem tyle pięknych chwil. Przejeżdżam tam, patrzę na Puszka, który dawno już miał wybrać się do Psiego Raju, a mimo to wciąż umorusany jak nieboskie stworzenie waruje na ganku; patrzę na okno pokoju Gusi i choć pewnie Jej już tam nie ma, bo mieszka w Kacowicach jak mniemam (nic nie wiem na pewno) to wysyłam w tym kierunku całusa, a gdy widzę zapalone światło w owym oknie, to ryzykując wjechanie na pobocze i przejechanie jakiegoś przechodnia, wyginam szyję z nadzieją, że zobaczę Ją jak siedzi przy biurku i babrze się w tym swoim prawie. Nigdy Jej nie dojrzałem.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.