Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

„KRÓL ARTUR” [„KING ARTHUR”]

Świat się powoli kończy. Co to się porobiło żeby człowiek dwa razy jeden film musiał zobaczyć żeby rzucić okiem na trochę krwi. Całkiem już Hollywoodowi odbiło, a wszystko przez te dzieci co to nabijają kabzę producentom – niedługo sceny ze skręcaniem karku czy inne takie będzie można zobaczyć w muzeum jedynie. Do kitu z tym wszystkim. Kiedyś taki Martin Riggs walił badguya kilka razy drzwiami od samochodu w łeb i było fajowo, a teraz by mu pogadankę wygłosił. No, ale odbiegam od sedna, czyli tego, że aby zobaczyć normalną wersję „Króla Artura” trzeba było czekać na jego reżyserską wersję, bo w wersji kinowej nie została rozlana ani kropla krwi, a Saksonowie ginęli jak w „Czterech pancernych” czyli łapiąc się za brzuch i krzycząc: „AUUUA”. Niedługo wszystko takie będzie. Zresztą z punktu widzenia marketingowego to całkiem dobry sposób na zwiększenie zysku. Raz wyciągnąć kapuchę od małolatów żrących popcorn, a drugi raz od tych, którym nie robi się słabo na widok odcinanej głowy. Trza się przyzwyczajać niestety :( Kiedyś wszystko było prostsze.

Jestem świeżo po oglądnięciu reżyserskiej wersji filmu Fuquy i wreszcie jestem usatysfakcjonowany. Była krew! Jupi! A i film dłuższy o jakieś piętnaście minut na oko. Kinowa wersja też zła nie była, ale brakowało jej tej czerwonej farby niestety. Niektórzy pewnie uznają to za zaletę, ale ja do tej grupy nie należę. A kto jest ze mną niech poluje na wersję reżyserską zamiast męczyć się na kinowej.

O czym jest film mniej więcej wiadomo, prawda? Król Artur, Rycerze Okrągłego Stołu, Merlin etc. Każdy zna legendy arturiańskie. Na szczęście dano sobie w tej wersji spokój z pierdołami, które czyniły na przykład taki „Excalibur” nie nadającym się do oglądania bez ziewania, tylko zrobiono normalny hollywoodzki film. Hihi. Dla jednych to profanacja legend, a dla mnie zabieg czyniący film oglądalnym. Dodatkowo spróbowano widzowi wmówić, że ogląda film historyczny rezygnując z mistyki, czarów i tego typu bzdetów dla dzieci. Wszyscy się śmieją jacy głupi ci Amerykanie, że wszystko po swojemu przerobią, ale kto wie, kto wie – może akurat trafili. Może Artur był Rzymianinem, może Lancelot Gruzinem… może, może, może :) Mnie to absolutnie nie przeszkadzało. Tak więc zaczynając oglądanie nie spodziewajcie się ganiania za Świętym Graalem, kolejki po Excalibur etc. tylko filmu na obraz i podobieństwo „Gladiatora” (ten sam scenarzysta napisał obydwa) w którym Rycerze Okrągłego Stołu ganiają się po ekranie z krwiożerczymi Saksonami. Lepszego moim zdaniem, bo mnie się „Gladiator” nie podobał.

Jak widać film mi się podobał, miałem frajdę z seansu i w ogóle prawie same plusy ma. Nie ma w nim nic, czego by nie było wcześniej, ale to żadna wada. Ot film o naparzaniu się na polach walki – cóż tu wymyślić. A że wszystko to efektowne i z rozmachem nakręcone to tylko siedzieć przed ekranem i się relaksować. Jedyny minus to drewniany Clive Owen w roli tytułowej. Na szczęście po drugiej stronie wagi jest znakomity jak zawsze Stellan Skarsgard i śliczna jak marzenie Keira Kneightly.

Jednym słowem fajowy film.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.